środa, 8 września 2021

Anonima






Opowieść dedykuję Annandale Jane Doe inaczej zwanej Christmas Tree Lady, której los zainspirował powstanie tej historii. Poniższy wiersz jest jej autorstwa.


Now I lay me down to sleep

Soon to drift to the

eternal deep

And though I die and shall

not wake

Sleep sweeter will be
than this life I forsake.


1


Przeciętna…

Słowo określające mnie od poziomu biologicznego do statusu społecznego. Niespecjalnie łada – niespecjalnie brzydka; niezauważona przemykam między trzepotem rzęs. Obserwuję poruszane wiatrem ozdoby świąteczne, przechodzące chodnikiem zakochane pary, czy formowane wiatrem śnieżne fale. Kończy się ostatni dzień mojego życia. Czas zatopiony w melancholii zwalnia, najmniejsza chwila zaś nabiera wyrazistości; niemal materializuję się i mogę ją schwycić…

Przy pomocy wybujałej wyobraźni próbuję przeniknąć czas i śmierć. Pragnę dostrzec twarze tych, których nigdy nie spotkałam; z którymi nikt nigdy już nie porozmawia. Zrozumieć czasy i myśli przeszłych ludzi. Uścisnąć dłoń Emily Dickinson; wziąć w objęcia Emily Brontë. Wysłuchać przemyśleń Lovecrafta na temat horroru, czy w końcu wybrać się w góry z Tadeuszem Micińskim… Ileż utraconych uśmiechów i spojrzeń… Niezastąpione chwile z ludźmi, którzy zakończyli swą wędrówkę w mniej lub bardziej makabryczny sposób. Dojechali do ostatniej stacji, jak ja dotarłam do tego małego, górskiego miasteczka. Postrzępiona dusza wlokąca za sobą schorowane ciało i umęczony mózg. Trochę ciepła rozganianego po kończynach przez pracowite serce.

Niedługo odpocznę – wyszeptałam. Słowa umknęły w mroźne, grudniowe niebo. Chwilę spoglądałam za nimi, obserwując przy okazji oblewane mrokiem górskie szczyty.

Nie mogę uwierzyć, że to samo słońce, które latem opala mi skórę, oświetlało niegdyś Arystotelesa zmierzającego do akademii Platońskiej, czy Marka Aureliusza zimującego w Akwilei. Przemożny żal za utraconymi opada na klatkę piersiową z mocą młota – odbiera dech. Dorosłe życie spędziłam na powtarzalnej pracy i – w wolnych chwilach – wędrówkach. Wewnątrz i na zewnątrz szukałam odrobiny treści; szczypty pieprzonej istotności. Po nawet najlepszej imprezie – czy w trakcie jej kiepskiej odmiany – wychodziłam, by wędrować i podziwiać otaczającą ciszę. Rzeczywistość pozbawiona śmiechu i wyrzucanych z entuzjazmem słów syciła zmysły; przenikała przez pory skóry, dając znać, iż jest tylko ciągnącym się przez wieczność tańcem chaosu.

Gdy byłam młodsza, (mniej więcej między dwudziestym a trzydziestym piątym rokiem życia) z okresów melancholii kilka razy zsunęłam się w dolinę rozpaczy… Osiągnęłam, przynajmniej wewnętrznie, piekło absolutne. Serce najeżone miałam szpikulcami uformowanymi z zamarzniętej trucizny. Całymi latami, kropla za kroplą, wsączały one jad w rozklekotany organizm. Kilka razy byłam bliska śmierci – raz próbowałam ją popełnić. Z czasem nauczyłam się studzić temperament i stabilizować emocję. Zrozumiałam, co bardzo ważne, iż nie muszę na barkach dźwigać istnienia ludzkości. Nie ja wprawiłam w ruch najbardziej szalony z gatunków; nie ja stworzyłam ubojnię, systemy totalitarne, cenzurę, wojnę i nienawiść. Potrafiłam za to, już w młodości, przejrzeć gierki mózgu; pociągającej za sznurki szarej galarety nie tylko zmuszającej nas do wykonywania nielogicznych zadań, lecz nawet sprawiającej, iż zaczynamy je kochać.


2


Zmierzając do miasteczka, obiecywałam sobie, że ostatnie godziny spędzę na samych przyjemnościach. Przed upadkiem w otchłań, każdy powinien zjeść coś dobrego, doświadczyć najlepszego orgazmu w życiu (może w odwrotnej kolejności) i posłuchać muzyki; najlepiej swojego ukochanego utworu. Gorzej, jeżeli piosenka ocieka melancholią; wtedy zrobi się łzawo, a na lament i strach przyjdzie jeszcze czas, prawda?

Zza dużo o tym myślę – rzekłam, przechodząc przez tonącą w światełkach ulicę. Miasteczko stanowiło kwintesencję Bożego narodzenia. Czułam się niczym bohaterka filmu; najsmutniejszego filmu pod słońcem.

Ciężko pożegnać się z własnym ciałem – ostatnim domem dla umęczonej świadomości. Tyle razy pokrywałam je mydłem i spłukiwałam wodą… Znam każdy pieprzyk, bliznę i zmarszczkę. Jak odejść bez żalu? Czy istniał kiedyś heros, który oddał swą istotność na żer dekompozycji bez jednej wątpliwości? Może tym umierającym za tak zwaną „sprawę” jest łatwiej? W ferworze walki nie ma czasu na wyobrażanie sobie gnijącego języka i robaków penetrujących jelit. Cel uświęca środki, więc zamordujesz kogoś, lub – co równie prawdopodobne – zginiesz po drodze. Zaślepione mięso armatnie kolejnego kapłana, czy polityka wygrywa przynajmniej pod jednym względem: umiera w euforii. Z przeświadczeniem, iż przysłużyło się sprawie, która odmieni oblicze świata.

To cholernie banalne, ale w młodości naprawdę myślałam, że nigdy się nie zestarzeję. W dzieciństwie każdy dzień trwał tyle, co w dorosłości tydzień. Pamiętam szare lata komuny, kiedy to pomarańcze jadłam tylko od święta, nosiłam ciuchy po starszym rodzeństwie i chadzałam z dziadkiem na spacery do lasu. Pulsowałam w rytm życia; zatopiona w przyrodzie, zafascynowana najmniejszym z owadów wędrowałam wzdłuż i wszerz naszej małej wsi… Od tamtego czasu minęło ponad pięćdziesiąt lat. Dziesięciolecia przeleciały przez palce, jakbym była bardziej widzem niż uczestnikiem wydarzeń. Odeszła nastolatka z głową wypełnioną mrzonkami. Zniknęły niewinne pierwsze miłości. Zabrała je dorosłość, poważny związek i dzieci. Później już tylko powtarzalność zgryzot, przyjemności i obowiązków. Życie wymagało ode mnie oddania osiemdziesięciu procent czasu, by podtrzymać iluzję idealnego obywatela. Nie ma w tym nic złego – w końcu istnienie sprowadza się do rozmnażania i walki o przetrwanie, jednakże proces wędrówki w kierunku peryferii trwał.

Nocami wchodziłam do kuchni i siadałam przy stole. W chybotliwym blasku świecy popijałam wino i płakałam. Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam; tej jednej tajemnicy nie zdradziłam nawet ukochanemu mężowi, nim… Zniknął. Rozpacz nie wypływała ze ściśle określonego źródła. Nie chodziło o niesforne dzieci, czy rozpadający się związek; łez z moich oczu nie wyciskały żadne problemy dnia codziennego. Ciężko to wyjaśnić, by nie brzmiało dziwnie, ale w tamtych momentach, otoczona przez ciszę i mrok, mogłam być naprawdę sobą. Bez sztucznego uśmiechu stanowiącego niemal obowiązek; bez pieprzenia z sąsiadką o pogodzie, czy grzecznego przytakiwania przełożonym w pracy. Nie! W tych krótkich chwilach nocnego lamentu byłam wolna. Łkałam za utraconymi przyjaciółmi i rodzinom; łkałam za dziećmi, które przyciągnęłam na świat, by cierpiały tak, jak cierpi wszystko, co żyje. Jedni wyrzucają toksynę podczas wysiłku fizycznego, czy pisania pamiętnika – ja miałam swoje chwile upuszczania szlamu otoczona śpiącymi ukochanymi, którzy nigdy nie dowiedzieli się, jak wypełniające świat cierpienie rozszarpywało wnętrze ich matki i żony.

Jesteśmy od siebie tak oddaleni… – wyrzuciłam w mroźne powietrze wraz z kłębami pary. Otaczający mnie ludzie nie usłyszeli ani słowa, ponieważ wszystko zagłuszała płynąca od strony karuzeli świąteczna muzyka.

Nikt nikim się tak naprawdę nie interesuje; nikt z nikim tak naprawdę, szczerze, nie rozmawia. Ślizg po powierzchni: pogaduszki na trywialne tematy byle tylko rozgonić niezręczną ciszę… Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że język jest przereklamowany, a słowami nie można przekazać zbyt wiele. Z drugiej jednak czuję żal, iż nigdy nie poznałam kogoś szczerego i otwartego do bólu. Rozmowa powinna usuwać ziemię spod nóg; zmieniać pogląd na świat! Sprawiać, że po przebudzeniu następnego ranka, po całonocnych pogaduchach, człowiek nie jest już tą samą istotą! Czy naprawdę wymagałam zbyt wiele?


3


Dobry wieczór! Ale ma pan wybór!

Facet spojrzał nam mnie znad szkieł okularów, po czym wstał i odłożył gazetę. Wokół pasa zawiązany miał fartuch kucharski z grafiką cysterny i napisem: „Najlepsza pieczeń tylko na kempingu Los Alfaques!”. Przed mrozem chroniła go nagrzewnica ustawiona z tyłu pomieszczenia i kuchenka gazowa, na której przygotowywał ciepłe napoje dla przemarzniętych przechodniów.

Co podać? Może mocnej kawy z dużą ilością cukru?

Rozejrzałam się po pomieszczeniu; było trochę większe od kiosku. Na każdej ze ścian wisiały półki wypełnione drobiazgami o tematyce świątecznej: mikołaje o perkatych noskach i zarumienionych policzkach, szklane kule wypełnione sztucznym śniegiem, ciągnące porcelanowe sanie renifery i aniołki o dziecięcych buziach.

Mogę zobaczyć jedną z tych szklanych kul?

Pan wydał starszemu mężczyźnie kubek gorącej kawy, następnie podał mi to, o co prosiłam. Obracając w dłoniach okrągły przedmiot, z uśmiechem obserwowałam umieszczone wewnątrz figurki; pierwsza przedstawiała chłopca z żółtym szalikiem wokół szyi, druga zaś świętego mikołaja wręczającego dzieciakowi prezent. Tę scenę wzbogacała przechylona latarnia z plastiku i ławka. Na spodzie przedmiotu ktoś napisał: „Ręcznie malowane!”.

Widzę, że się pani podoba.

Oparłam wzrok na mężczyźnie. Pomarszczona twarz i przyprószony siwizną wąs unoszący się nad górną wargą świadczyły, iż nie był pierwszej młodości, lecz mimo to biła od niego otwartość i pozytywne nastawienie. Może to tylko lata praktyki w roli sprzedawcy? – pomyślałam. – I jakie to ma w ogóle znaczenie?

Lubie święta – odparłam po zdecydowanie zbyt długiej przerwie. Następnie odłożyłam przedmiot na ladę i dodałam: – Kupuję.

Facet zapakował ozdobę do zrywki i z szybkością kolibra wbił transakcję na kasę.

Coś jeszcze? W dobrej cenie mamy zestaw pięciu łańcuchów choinkowych zdobionych różowym śniegiem.

Dziękuję bardzo. To wystarczy.

Ruszyłam w dalszą drogę. Otoczona najpiękniejszym snem wiecznych świąt, podczas których próbujemy zgrywać lepszych, niż jesteśmy w istocie, syciłam zmysły dziecięcym śmiechem. Wyszedłszy za winkla, o mało nie wpadłam na młodego mężczyznę (miał najwyżej trzydzieści lat), ciągnącego na sankach rozradowaną dziewczynkę. Gdy szkrab podniósł wargę, zauważyłam, że brakuje mu górnego siekacza… To przelało czarę goryczy – po policzkach spłynęły łzy. Zignorowawszy na moment demoniczności świata, spostrzec można świeżość nowego życia; rozbrajającą spontaniczność, którą mijające lata wsadzą w kajdany konwenansów i poprawnie politycznych wymogów. Z wiekiem karmimy wewnętrznego tchórza, by ten pomagał studzić zapały… By przypominał, że należy przemyśleć najmniejszy ruch, ponieważ możemy wystawić się na pośmiewisko, a przecież jesteśmy wszyscy tacy cholernie poważni!


4


Wyczekałam moment, w którym zwolniło się miejsce, po czym usiadłam na ławce i otworzyłam plecak. Chciałam sprawdzić, czy wszystko spakowałam, ponieważ z tyłu głowy wciąż niosłam przeświadczenie, że czegoś – jasna cholera! – zapomniałam. Na samej górze leżał walkman ze słuchawkami. Syn kochał muzykę; często używał go podczas wyjazdów w góry. Lubię myśleć, że miłość do pieszych wędrówek odziedziczył po mnie, choć właśnie one sprowadziły na niego największe nieszczęście.

Wędrowałam z dziadkiem; kilometrami przemierzaliśmy lasy pokryte uschłymi liśćmi. Minęły dziesiątki lat… Czy tamte miejsca jeszcze w ogóle istnieją? Gdzie znaleźć jeden trwały punkt pośród ciągłej dekompozycji?

Koniuszkiem małego palca otarłam łzę. Wzięłam głęboki oddech i zajrzałam głębiej do plecaka. Znalazłam taśmę klejącą, plastikową torbę, cztery paczki tabletek, a na samym dole prześcieradło. Brakowało tylko jednej rzeczy. Spojrzałam na zegarek. Minęła dwudziesta. Miałam jeszcze trochę czasu do zamknięcia sklepów. Zdaję sobie sprawę, że czekanie na ostatnią chwilę z zakupem czegokolwiek, nie jest najrozsądniejszym pomysłem. Nie zamierzałam się jednak przejmować. Pogoń za mrzonkami i zgryzoty zostawiam tym, którzy mają przed sobą morze pracy, morze bólu i tysiące wschodów słońca do zignorowania w zabieganiu.


5


Nastolatki z zaczerwienionymi policzkami i roziskrzonym wzrokiem śmigały w tę i z powrotem z zawrotną szybkością. Szczęśliwcy obdarzeni pięknem zewnętrznym trzymali za ręce ukochanych. Widziałam, jak na siebie patrzą. Bardzo dobrze znałam ten wzrok. Rozszerzone źrenice, serce szalejące w piersi z taką mocą, iż mało nie połamie żeber… Miłość. Tak jest. Tak właśnie. Splugawione przez popkulturę słowo na em… Zeszmacone przez biznes, by idealnie pasowało do zaślepionych, odurzonych propagandą mas.

Nie ma piękniejszego wydarzenia od pierwszego przywiązania. Kiedy w każdej sekundzie myślimy o drugiej połówce; kiedy śnimy o niej i cierpimy potwornie, gdy nie mam jej u naszego boku. Nic nie zastąpi nastoletniej naiwności i wynikającej z niej miłości. Coś tak czystego i szalonego zarazem może powstać jedynie w umyśle istoty poplątanej równie mocno, co człowiek. Z jednej strony zazdroszczę młodym; mają przed sobą wiele przygód, wyjazdów na wakacje, imprez, karier do zrobienia i miejsc do zobaczenia. Z drugiej strony tuż obok nich, niewidzialny, unosi się ból. Choroby, śmierć, wojny i rozstania niczym haki będą szarpać ich ciało, bezsenne noce zaś wypełnią im zmartwienia dotyczące dzieci i przyszłości. Niektórzy skończą pod kołami samochodu, zostaną skrzywdzeni przez przedstawiciela tego samego gatunku, czy wciągnięci pod ziemię z powodu wadliwie działającego narządu. Szczęściarze dotrwają do starości i ze łzami w oczach wychwalać będą cud życia. Długo po tym, jak zniknę z tego świata, niewielki procent obdarzonych wyostrzonym zmysłem obserwacji – świadomych każdej umykającej chwili – wrażliwców wejdzie do kuchni, zapali świecie i (z lampką wina w dłoni) zapłacze nad swym losem; losem całego świata i wszystkiego, co kiedykolwiek istniało.


6



Przepraszam, czy mogę się dosiąść?

Drgnęłam wyrwana z zamyślenia. Podniósłszy wzrok, spostrzegłam najwyżej dziesięcioletniego chłopca w czapce z pomponem i glutem wyciekającymi z nosa. Przez chwilę miałam wrażenie, że dzieciak wylazł ze szklanej kuli, którą niedawno kupiłam, by nawrócić mnie na jedną jedyną prawdziwą religię: chwalmy Pana!

Oczywiście młody człowieku – rzekłam, przygryzając policzek, by nie parsknąć śmiechem. – Nie krępuj się: Posadź cztery litery.

Zdaję sobie sprawę, jak dziwnie zdanie wypowiedziałam, lecz najwyraźniej dzieciakowi ono nie przeszkadzało; posadził tyłek na ławce i zaczął strzepywać śnieg z pompona czapki.

Czekasz na kogoś, czy przyszedłeś popatrzeć, jak bawią się inne dzieci? – zapytałam po kilku minutach. Nic nie poradzę: ciekawskie ze mnie babsko.

Tata spotkał kolegę. Rozmawiają o pracy – odparł chłopak i się skrzywił, jakby przegryzł kawał cytryny. Następnie spojrzał w lewo i wyprostował rękę. W miejscu, które wskazał, również stała ławka. Siedziało na niej dwóch facetów w średnim wieku. Obok nogi jednego z nich stał termos. Nieznajomy podnosił go od czasu do czasu i rozlewał płyn do plastikowych kubków.

Coś czuję, że twój tata nie tylko rozmawia o pracy, ale stosuje starą i dobrze sprawdzoną metodę rozgrzewającą, pomyślałam. Na głos powiedziałam:

Na pewno niedługo skończą i wrócicie do domu. Nie jest ci zimno?

Trochę tylko w nogi.

Zerknęłam w dół. Miał na stopach trapery, które ochroniłyby przed zimnem, gdyby łebek się ruszał. Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł.

Może ciepła herbata pomoże? Tutaj niedaleko sprzedają gorące napoje. Poczekaj chwilkę, zaraz będę z powrotem.

Młody wlepiał we mnie wzrok tak długo, iż sądziłam, że zdążył zamarznąć. W końcu otworzył usta i niepewnym głosem powiedział:

Nie powinienem niczego brać od nieznajomych.

Oczywiście, że nie powinieneś – stwierdziłam zniecierpliwiona. – I niczego już od żadnego nie weźmiesz… Jak tylko rozgrzejesz się ciepłą herbatą.

Puściłam do niego oko i ruszyłam w stronę stoiska z napojami.



7


Jako zakochana po uszy, świeżo upieczona małżonka przypominałam kwiat; wyrosłą na nieprzyjaznej glebie nieszczęśliwego dzieciństwa roślinę, która w końcu znalazła swoje miejsce na ziemi – zaczęła rozkwitać.

Opłakawszy utraconych, nie mam już nic do zyskania, ani nic do stracenia. Porachowałam się z życiem; wyłowiłam z pamięci wszystkich ludzi, jakich spotkałam przez sześćdziesiąt lat trwania. Sporządziłam bilans… Niestety nie wygląda on zachęcająco. Spotkałam w życiu tłum skurwysynów – fakt faktem ich podłości najczęściej wynikała z głupoty, pochodzenia z małej miejscowości (kiedyś wieś nie tolerowała tych, którzy wyróżniają się w jakikolwiek sposób), czy ukrytego bólu. Miałam znajomego; przystojniaka o oczyskach koloru kości słoniowej i włosach barwy kruczych piór. Najpierw zmarła mu siostra; później rozwiedli się rodzice. Końcem końców został sam w rodzinnym domu. Zarabiał dużo pieniędzy, nie mógł znaleźć kobiety z powodu chorobliwej nieśmiałości i z roku na rok popadał w coraz większe zgorzknienie. Podczas spotkań jego jedynym tematem byli postronni. Obgadywał, oceniał i wyśmiewał. Poniżał słabszych, jakby negatywnymi emocjami tamował krwawienie wewnętrznych ran.

Widząc ludzi niepasujących do jego wizji świata, otwierał usta i zadawał kolejne ciosy. Najczęściej upokarzał tych, którzy leżeli na dnie. W takich chwilach na jego twarzy widziałam uśmiech nasyconego krwią drapieżnika – biedny człowieczek tryumfował w swojej małej główce, nie wiedząc, jak bardzo go żałowałam.

Czasem nie mogę odgonić wrażenia, że tak naprawdę nikt nie odpowiada za to, czym jest. Nie zmienia to jednak faktu, iż zamordujemy każdego, kto nie pasuje do naszej wizji świata – wyszeptałam, idąc z parującymi kubkami w stronę ławki. – Ileż podobnych sytuacji widziałam przez całe życie? Czy dałabym radę je zliczyć?

Skromny przykład zgładzenia słownego, lecz co z cielesnym? Opluci, pokryci moczem i gównem – zmiażdżeni przez podeszwy butów i pięści? Ilu ich widziałam przez lata szkoły? Ilu w dorosłym życiu? Dwa tysiące? Pięć? Może dziesięć?? Ciężko powiedzieć, ponieważ w pewnym momencie zaczęłam uciekać… Szukać miejsca spokoju; prywatnego skrawka przestrzeni niedostępnego dla codziennych drapieżców.

Po licznych stratach mocno wyschły moje pokłady empatii dla tej rzeczywistości. Nadzieję zaś zastąpiły wrzody; pompujące czarną krew wykwity skórne przyśpieszające zagładę, której wyczekuję z otwartym ramionami.


8


Nie wiem dlaczego, lecz gdy zmierzałam w stronę ławki, przepełniała mnie pewność, że łebek zniknął. Wyobraziłam sobie nawet dwie oddalające się sylwetki: Ojca i syna wracających do mieszkania, by zawiesić ostatnie ozdoby i obejrzeć Kevina samego w domu. Tymczasem rzeczywistość, przynajmniej tym razem, zamierzała pokazać, że cholernie się mylę:

Zapomniałam zapytać, czy słodzisz – podjęłam, wróciwszy na miejsce – więc celowałam w środek: kazałam wrzucić jedną kostkę cukru.

Dziękuję.

Siedzieliśmy, grzaliśmy dłonie o rozgrzane kubki i obserwowaliśmy szusujących na łyżwach ludzi. Tymczasem z nieba zaczęły spływać śnieżynki; miliony białych punktów, bez jednego uderzenia wiatru, delikatnie obsiadało zgromadzonych wokół lodowiska mieszkańców. Jeden nawet wpadł mi do herbaty, gdzie natychmiast się rozpuścił. Obserwowałam przez chwilę to zjawisko i nagle naszła mnie myśl, iż niedługo przejdę przez podobny proces; stanę się wszystkim i niczym zarazem.

I jak? Cieplej? – zapytałam, choć znałam odpowiedź na to pytanie, ponieważ młodemu zarumieniły się policzki.

Tak. Jeszcze raz dziękuję.

Pewnie nie możesz doczekać się gwiazdki i prezentu od mikołaja?

Nie wiem, czy w tym roku mikołaj do mnie przyjdzie.

Czyżbyś nie był zbyt grzeczny?

Chłopiec zapatrzył się w dal. Spod czapki wystawały mu blond włosy, którymi poruszał wiatr. Tuż za jego buzią, na drugim planie, błyskały rozmazane światła karuzeli.

Pojechałem do mamy. Tata nie był zadowolony z tego powodu.

Mhm. – Skinęłam głową. Obserwowałam łebka przez chwilę. Nie wiedziałam, co powiedzieć; nie chciałam go ciągnąć za język, ale wspominałam wcześniej, że ciekawska ze mnie baba. Nic ta to nie poradzę… Nie, żebym chciała. – My, dorośli, lubimy być informowani o wycieczkach naszych dzieci. Nawet gdy te chcą odwiedzić kogoś tak ważnego jak ich mama. Czy szukała cię policja?

Usłyszawszy ostatnie słowo, dzieciak drgnął i obrzucił mnie wzrokiem.

Spokojnie – dodałam – nie jestem z jednostki specjalnej porywającej niesforne dzieciaki. Tak tylko pytam, bo mnie zaciekawiłeś.

Tato z dziadkiem przyjechali po mnie w nocy. Domyślili się, gdzie jestem.

Mam nadzieję, że mimo wpadki z nieoficjalnym wyjazdem, spędzasz z mamą dużo czasu. To bardzo ważne w życiu młodych chłopców.

Chłopak upił spory łyk herbaty, przy pomocy rękawiczki starł z górnej wargi gluta i odparł:

Odkąd zamieszkaliśmy w miasteczku, widuję ją zaledwie kilka razy w roku; jeździmy do niej tylko w święta.

W którą stronę ruszyć – zastanawiałam się – kiedy człowiek stoi na nieoznakowanym skrzyżowaniu? Jakie pytanie zadać?

Jak dorośniesz, będziesz ją częściej odwiedzał?

Codziennie będę do niej chodził z kwiatami.

Usłyszałam kroki. Ktoś się zbliżał.

Kacper?

Spojrzałam w stronę, z której dochodził głos. Ubrany na czarno facet o zaczerwienionej twarzy i szklącym się wzroku szedł w naszym kierunku. Przez ramię zawieszony miał plecak.

Tak tato?

Zbieraj się. Wracamy do ciotki.

Doczekałam się spełnienia swojej wizji; popijałam herbatę i obserwowałam dwóch nieznajomych, jak idą w swoją stronę – wracają do życia, problemów i nieporozumień.

Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi, a życie was oszczędzi. – Nie wiedzieć dlaczego, poczułam się dziwnie, wypowiadając te słowa.


9


Każde miejsce wydaje się równie pięknie i równie puste. W każdym miejscu widzę śmiech i łzy; cierpienie przemieszane z ciepłotą ludzkiego ciała chwilami utwierdza w przekonaniu o nienaruszalności i stabilności świata. Zaraz jednak, pchana destrukcyjnym drążeniem wgłąb, dostrzegam w dzieciach przyszłych starców – przyszłe zwłoki. W nowo wybudowanych domach widzę opuszczone pokoje i wiatr wpadający przez wybite okna. We wsiach dostrzegam samotność tych, którzy nie potrafili z nich uciec; w miastach zaś jedynie bezosobowy tłum i pogoń za kolejnymi zmyślnym zabawkami techniki i mody. Stara, bezużyteczna i cyniczna odpływam od brzegów bytu; dość kuglarskich sztuczek homo sapiens wmawiających sobie, że warto żyć. Dość wymuszonych uśmiechów, gadania głupot, słuchania – o zgrozo! – mądrości mych braci i sióstr. Mówię dość określonej formie istnienia! Zamknięta w kruchym naczyniu z mięsa mam ochotę stać się wiatrem – bez konkluzji czy wyrachowania szybować nocą aż do samego kresu tej pieprzonej planety.

Umieram od nadmiaru życia; spalam się z powodu niespełnienia. Niewygodnie… Od zawsze niewygodnie w trwaniu…

Przemierzając korytarze myśli, nie wiedzieć kiedy, zawędrowałam na peryferia miasteczka. Z jednej strony miałam tonące w śniegu domki jednorodzinne, z drugiej zaś drzewa wyciągające z mroku skostniałe gałęzie. Nawet tutaj można było dostrzec świąteczne ornamenty; zawieszone na latarniach światełka w kształcie aniołków, czy płatków śniegu. Wysoko nad moją głową, oświetlane blaskiem jedynego satelity ziemi, majaczyły górskie szczyty; pokryte świerkami, modrzewiami i jodłami olbrzymy zdawały się obserwować mnie w ostatniej wędrówce. Wyobraziłam sobie nawet oczy przypominające otchłanie – zwierciadła przeszywające rzeczywistość i czas, których nie zdziwi żaden kataklizm i najgorsza ludzka podłość.

Nagle między drzewami dostrzegłam światło; blade snopy zdawały się wypływać z ziemi – oświetlać jakiś punkt, którego nie mogłam dostrzec, ponieważ zasłaniały go pnie organizmów roślinnych.

Przeciążona wyobraźnia płata mi figle? – Zastanawiałam się na głos.

Przeszłam na drugą stronę ulicy i przyśpieszyłam kroku. Zamierzałam rozwiać wątpliwości i – co tu ukrywać – zaspokoić wewnętrznego wścibinosa.


10


Pomnik przedstawiał matkę trzymającą w ramionach martwe dziecko. Wyryta w kamieniu twarz skierowana była ku niebu; malowała się na niej rozpacz. Po policzkach nieznajomej spływały łzy. Niemal słyszałam wypływający z rozchylonych ust szloch. Twojego płaczu nie usłyszał żaden Bóg – pomyślałam. – Żadna z wielu wyznawanych Wieczności nigdy nie zwróciła matce żadnego dziecka. Nikt tak naprawdę nie słucha; nie przykłada do nas uwagi, lecz serce wie lepiej. Dlatego do ostatniego oddechu… Ostatniego pieprzonego kroku będziemy próbować strzaskać nieboskłon; by dowiedzieć się, czy po drugiej stronie ktoś czeka i wynagrodzi nam krzywdy, wyrówna nierówności – nagrodzi wiecznością w ukojeniu.

Dziecko przelewało się przez dłonie kobiety, jakby nawet w ten sposób próbowało dać jej do zrozumienia, że jest za późno. „Odpuść mamo – mówiła jego spokojna twarz, którą zaburzała jedynie zmarszczka na czole. – Mieliśmy dla siebie kilka chwil; to musi wystarczyć. Nie powinniśmy oczekiwać niczego więcej od tego świata”.

Jedynie ten, kto stracił dziecko, rozumie, jak wygląda tęsknota i pustka, której nic nigdy nie wypełni.

Mimochodem otarłam płynące z oczu łzy i zjechałam oczami na postument, do którego przytwierdzono tabliczkę. Oto, co było na niej napisane:


W tym miejscu z powodu pożaru teatru Mgieł dnia 30 grudnia 1903 roku życie straciło 205 osób – w tym 183 dzieci. Ogień zaprószyła wadliwie działająca lampa łukowa podczas muzycznej komedii na podstawie baśni Siwobrody.


Niech spoczywają w pokoju.


Spłonęły żywcem, wołając mamusię… Po pewnych przeżyciach nawet wieczność wydaję się zbyt krótka do zagojenia ran.

Powinnam ruszyć cztery litery i iść do sklepu. Nie mogłam jednak ruszyć z miejsca. Przez następne pół godziny stałam naprzeciw pomnika, w miejscu, gdzie lata wcześniej spłonął teatr Mgieł… Spoglądałam w twarz posągu. Nawet teraz, podczas ostatniej nocy, niewidzialna siła zaprowadziła mnie do miejsca największego bólu. Oczywiście można nazwać ją przypadkiem, Bogiem, losem, czy zrzucić na działanie wewnętrznego kompasu, który wskazał miejsce napiętnowane cierpieniem. Nie ma to znaczenia. Nie ma również znaczenia czas; nie ważne, że od pożaru i śmierci tych biednych szkrabów minęło tak wiele wschodów i zachodów słońca. Dla mnie żadna tragedia nie ulega przedawnieniu. Ludzie nie powinni – zwłaszcza z powodu przewrażliwienia na pewne tematy, czy niemożności zaakceptowania faktów – wypierać się przeszłości. Ignorancja i arogancja, którą przepełnione są wszystkie świeże pokolenia sądzące, iż lepiej pokierują światem, niż ich przodkowie, to tylko przepis na kolejne katastrofy.

Niesamowite… Że też wciąż darzę ludzkość nadzieją. Człowiek jednak rodzi się i umiera naiwny.


11


Nachyliłam się nad nieznajomym. Facet siedział na chodniku, tuż pod szybą wystawową nieczynnego sklepu meblowego. Zapytałam:

Przepraszam, mógłby mi pan powiedzieć, gdzie znajdę najbliższy monopolowy?

Mężczyzna z brodą opadającą na pierś i perkatym nosem jak u krasnoluda, bez użycia rąk przesunął papierosa z jednej strony ust na drugą, po czym przymknął oko i odparł:

A skąd niby, kurwa, mam wiedzieć, gdzie jest monopol? Wyglądam na alkoholika?

Nie spuściłam wzroku. Nie zareagowałam skwaszoną miną. Po prostu nachylałam się nad nim niczym wkurwiony Zeus, wciąż czekając na odpowiedź.

Co się tak gapi? Biedaka nie widziała?

Dam ci stówę, jak mi powiesz, gdzie mogę kupić alkohol.

Usta faceta rozchyliły się ze zdziwienia na tyle mocno, iż papieros wpadł mu w brodę, skąd popłynęła smużka dymu; wyobraziłam sobie miniaturowych Indian puszczających znaki dymne. Kolejny raz tego dnia przygryzłam policzek, by nie parsknąć śmiechem.

Szlag jasny! – syknął przez zęby, zrywając się na równe nogi. Zaczął pląsać w tę i z powrotem, jakby próbował wytrząsnąć z gaci czerwone mrówki. – Mój ostatni kiep!

Za stówkę kupisz sobie nową paczkę fajek i jeszcze starczy na skrzynkę piwa. Wystarczy, że powiesz, gdzie znajdę sklep.

Po co mi skrzynka piwa? Nie jestem alkoholikiem! – Po zaciętej batalii rzekomy abstynent usunął fajkę z brody i kolejny raz obrzucił mnie czujnym spojrzeniem. – Pokaż papier, to powiem, gdzie jest najlepszy sklep z wódą w okolicy.

Pokręciłam głową i westchnęłam.

Nie interesuje mnie najlepszy sklep z alkoholem; nie kupuję prezentu na osiemnastkę. – Wyciągnęłam z kieszeni zwitek banknotów (nie miałam portfela) i pokazałam mężczyźnie ten z podobizną Władysława Jagiełły. – Mów, albo zaraz znajdę kogoś, kto zdradzi mi tę tajemnicę za darmo.

Co dziwne, facet wciąż zwlekał, jakbym próbowała wykupić od niego mapę prowadzącą do skarbu. Już miałam odwrócić się i popytać przechodniów bliżej centrum, gdy uparty brodacz w końcu otworzył usta i zaczął sypać informacjami.

Nie można było tak od razu?

Za dwieście złotych bym się pośpieszył – odparł i wrócił na swoje miejsce pod witryną sklepu. Nim ruszyłam w dalszą drogę, obrzuciłam wzrokiem jego ubranie; miał na sobie wyświechtaną (rozpiętą) kurtkę, której – założę się o kolejną stówkę – zamek był zepsuty. Na nogach podarte dżinsy i dziurawe trampki. Był wredny – oczywiście. Domyślałam się również, że wyda pieniądze na używki, zamiast kupić cieplejsze ubranie. Niestety nie mogłam tak po prostu odejść i zapomnieć.

Masz. Może kupisz sobie cieplejsze ubranie.

Popatrzył na dodatkowe dwie stówki, jakby były psim gównem. Kolejny raz nie ruszyłam się z miejsca. Wychowałam trójkę dzieci; dobrze wiem, co znaczy słowo krnąbrny; fochy, czy gierki słowne nie robią na mnie wrażenia. Czasem najlepszym wyjściem jest po prostu czekać… Nie dolewając oliwy do ognia.

A to, niby, za co? – bąknął, chwytając banknot w dwa palce, lecz wciąż go nie zabierając. – Jesteś jedną z tych dewot, co pomaga na święta, bo ją sumienie gryzie, a przez resztę roku zachowuje się jak Goebbels?

Przez resztę roku jestem tylko Göringiem – odparłam i wyszczerzyłam zęby. Obserwowałam przy tym jego twarz. Odniosłam wrażenie, że powędrowały mu w górę kąciki ust. Czyżbym wywołała uśmiech na twarzy takiego buca? Lekki, cholernie leciutki uśmieszek? Chcę i będę w to wierzyć, ponieważ nawet ktoś tak wykolejony jak ja piastuje niektóre naiwności.


12


Wyciągnęłam język – poczułam wilgoć w powietrzu. Mgła lekka niczym rozrzedzone wodą mleko spłynęła z gór wprost na ulice miasteczka. Przechodziłam akurat koło największego budynku, jaki zdążyłam zaobserwować w tej mieścinie. Z pokrytych białym tynkiem ścian wyzierały okna; machnięte brązową farbą prostokąty pełne elektrycznego światła i przesuwających się sylwetek. Nad drzwiami, oświetlony dziwnymi kryształami, dostrzegłam napis: Hotel Stary Miech. Na twarz wypłynął mi uśmiech. Wyobraziłam sobie piękne kobiety i przystojnych mężczyzn. Ludzie, których nigdy nie poznam, siedzieli przy kominku, racząc się winem równowartości nowego samochodu. Płomienie pełgały na powierzchni ich oczu – tańczyły na zdobiącej szyję i palce biżuterii… Największe przywileje i rozkosz nudzą tak szybko, iż nawet najbogatszy człowiek popada w marazm, o ile nie znajdzie dodatkowego (wyższego!) celu w swoim życiu. Cierpienie za to, mimo iż wypływa czasem z nieokreślonego źródła, nie powszednieje nigdy. Gdy żyletki raz zaczną drążyć mięso ciała, nie przestaną dopóty, dopóki nie ustanie bicie serca.

Czyżbym znalazła kolejną negatywną rzecz w zgoła pozytywnej sytuacji? – zapytałam szeptem samej siebie, opierając dłonie na ogrodzeniu hotelu. – Może powinnam wejść do środka i…

Nie dokończyłam, ponieważ w oknie na drugim piętrze, w smudze światła, dostrzegam zakonnicę. Na jej widok przeszedł mnie dreszcz. Nie wiem, dlaczego tak się stało. Nic nie mam do kościoła i jego członków. Podejrzewam, iż nie chodziło o fakt przynależenia kobiety do zakonu, lecz jej wzrok. W ciągu całego życia spotkałam kilku bardzo złych ludzi; raz nawet rozmawiałam z mordercą. Żaden z nich jednak nie miał tak zimnego, niemal nieludzkiego spojrzenia, co nieznajoma w habicie.

Trwałyśmy tak, wgapione w siebie, przez dobrą minutę. W końcu zwichrowana wyobraźnia nie wytrzymała – twarz siostruni na ułamek sekundy zamieniła się w oblicze pająka. W okrągłych ślepiach wielkości reflektorów samochodu dostrzegłam swoją twarz; przymknięte oczy, otwarte usta pełne wymiocin, kręcone włosy rdzawego koloru i blade policzki.

Zimna… Martwa… – wyrzuciłam ze szlochem, zalewając się łzami. – Tyle przepłakanych nocy i miażdżących kręgosłup zmartwień… Dlaczego nawet ostatnie godziny muszą być tak ciężkie?

Przetarłszy oczy, zerknęłam w stronę okna; chciałam upewnić się, że zakonnica wciąż tam stoi, a pajęczak był jedynie halucynacją. Niestety światło zgasło – wraz z nim zniknęła nieznajoma w habicie. Może to i lepiej? Po co zadawać sobie więcej cierpienia i wymyślać horrory, skoro groza zwykłej, szarej rzeczywistości bije na głowę nawet najmroczniejsze wytwory ludzkiego umysłu?


13


Dotarłam do monopolowego dwadzieścia po dziewiątej wieczorem. Jeszcze nim dostrzegłam zielonkawy blask zawieszonej nad drzwiami reklamy Lecha, usłyszałam:


Skrzypi wóz wielki mróz

Wielki mróz na ziemi


Trzej królowie jadą

Złoto mirrę kładą

Hej kolęda, kolęda


A komuż takiemu, dzieciątku małemu…


Stanąwszy pod wejściem, spostrzegłam grupę ludzi. Było ich zbyt wielu, by zliczyć, lecz zgaduję, iż w ten mroźny wieczór pod sklepem zebrało się około trzydziestu osób. Niektórzy siedzieli na ławkach rozstawionych między martwym żywopłotem, pociągając od czasu do czasu z butelki; inni, bardziej podchmieleni, debatowali głośno, jaką kolędę zaśpiewać w następnej kolejności.

Przemykałam między ludźmi niczym wspomnienie z dzieciństwa – niewyraźna, niemalże zapomniana kupiłam dwa kartony soku pomarańczowego i dwie flaszki brandy. Byłam więcej niż pewna, że dla osoby w moim wieku, która bardzo rzadko sięgała po etanol, taka dawka spełni swoje zadanie.

Niech się pani z nami napije! – zagadnął jeden z mężczyzn. Facet koło czterdziestki z czarnymi, kręconymi włosami i pokaźnym brzuszkiem.

Dziękuję za propozycję, ale wnuki w domu czekają. Poza tym… Po co panom taka stara baba do towarzystwa? Czyżby młodych dziewczyn na świecie zabrakło?

Nie zabrakło, nie zabrakło, ale kobiecego towarzystwa nigdy dość! – odparł Loczek, jak ochrzciłam go w myślach.

Dyskryminacji z powodu wieku mówimy precz! – Dorzucił ktoś z tłumu, po czym wszyscy ryknęli śmiechem.

Roztropnie z waszej strony; w końcu kiedyś też zamienicie się w stare, zrzędliwe baby – rzekłam, wywołując kolejną falę śmiechu. – Niemniej muszę wracać do domu. Na zdrowie panowie i wesołych świat!

Usłyszałam podziękowania i życzenia w kilkunastu różnych wersjach, następnie zaś ruszyłam w swoją stronę, znikając we mgle.


14


Jedna wartościowa przyjaźń? Może choć jedna wartościowa rozmowa z rodzaju tych, po których człowiek nie jest już taki sam? Hm? Nie? To też nie? Not even close – jak powiedzieliby amerykanie? W takim razie, co stało się ze wszystkimi wyrzuconymi słowami? Kto spakował, skatalogował i zarchiwizował feerię międzyludzkich perypetii? Jak brać na poważnie nawet najbliższe relacje, gdy przez dziesiątki lat obserwowałam korowód osób wpadających i znikających z mojego życia? Szczere do bólu rozmowy z przyjaciółką? Wyznania do białego rana przy tęgim piciu? Klepanie po plecach, wspieranie w tragicznych sytuacjach, by po latach spotkać się na ulicy i może nawet nie przywitać… „Udam, że jej nie widzę. Tak będzie lepiej. I tak nie mamy o czym rozmawiać”. Jakże to do jasnej cholery? Jak można przegadać całą noc – zbliżyć się do siebie, a później zbudować mur obojętności, niechęci, czy nawet nienawiści i szukać następnej bratniej duszy?

Pieprzona groteska…

Głaszcząc swoje ukochane zwierze, Malwinę, gdy kotka zadzierała głowę, z wdzięcznością spoglądając mi w oczy, czasem zastanawiałam się, ile żyjątek umiera właśnie w tej chwili? W tym mgnieniu? I ile jest warte owo mgnienie, skoro kula ziemska istnieje od miliardów lat, kosmos zaś – punktu widzenia ludzkości – niemal od wieczności? Ile tworów natury odchodzi w męczarniach w ciągu jednej sekundy, jednej godziny, czy jednego dnia? Normalna osoba krzyknęłaby: depresja koleżanko! Biegnij po leki, by szerzyć zęby i nie myśleć o tym, jak ułomna jest rzeczywistość! Wierzący wychwalają miłosiernego Boga, który stworzył ten cyrk grozy; niewierzący, błądząc paluchami w poszukiwaniu koła ratunkowego, przekonują, że wszystko ma dobre strony… Ostatecznie zatryumfuje dobro! Tak jest! Za tysiąc lat zbudujemy utopię i będziemy żyć w wiecznej szczęśliwości! No… To znaczy nie my, ponieważ urodziliśmy się zbyt wcześnie i czeka nas bolesna, i makabryczna śmierć, ale nasi dalecy przodkowie na pewno!

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, twierdzą tchórze tego świata – rzekłam, zaciskając zęby z wściekłości. – Jak napisał Erich Maria Remarque: „Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka”.

Get over it! – jak powiedziałby tłusty wielbiciel hamburgerów zza oceanu…

Prawda, że nie pozostaje nic innego? – zapytałam, odkręcając flaszkę brandy. Stałam właśnie na moście, pod którym płynął zamarznięty obecnie strumyk. Nagle trzaskające na mrozie gałęzie zagłuszył gwizd startującego fajerwerku. Zaraz po nim nastąpił wybuch. Zerknęłam w stronę centrum, gdzie ledwo widoczna majaczyła iluminacja wieży kościoła pod wezwaniem świętych apostołów Piotra i Pawła. Pośród sypiącego z coraz większą intensywnością śniegu rozbłysło tysiące iskier koloru letniego nieba, Nie wiem dlaczego, lecz właśnie w tamtej chwili z całą mocą dotarło do mnie, że to koniec. Wsadziłam pod ziemię… Pożegnałam tych, których miałam pożegnać. Wypłakałam tyle łez, iż starczyłoby na kilka żywotów. Walczyłam o zdrowy związek z mężem. Biegałam po urzędach, szarpiąc się z bzdurną biurokracją. Biegałam po lekarzach, gdy ktoś z rodziny zachorował. Robiłam wszystko, co powinien robić przykładny obywatel. Nie potrafiłam za to odwrócić wzroku od najgorszych aspektów istnienia – przejść do porządku dziennego z tym, co reprezentuje człowiek i świat w ogóle. Może faktycznie trzeba było iść po leki i szerzyć zęby do siedemdziesiątki, czy może nawet osiemdziesiątki, zamiast pić etanol zmieszaną z sokiem pośród gór?

Tyrać, płodzić, kupować nowe zabawki i przeprowadzać gastroskopię, by przypadkiem nie zaskoczyła nas nicość – wyszeptałam, wlewając do gardła spory łyk brandy. Tymczasem błękitne światło zapadło się coraz głębiej we mnie; penetrowało obszary, które od dawna pozostawały w uśpieniu. Wyobraziłam sobie podziemne jezioro i uderzające o jego falę iskry. – Powstają kolejne kręgi; machina zaś nabiera prędkości…


15


Parłam przed siebie, póki alkohol nie rozszedł się po kończynach i nie zrobiło mi się ciepło. Odpowiednio rozgrzana, czy – jak powiedziałby przyjaciel z dzieciństwa pijaczyna – naoliwiona postanowiłam znaleźć miejsce, w którym mogłabym usiąść. Tak kroki zaprowadziłby mnie do jedynego parku. Wiedziałam o jego istnieniu (tak jak znałam nazwę kościoła), ponieważ dawno temu odwiedziłam miasteczko. Było to w innych czasach. Można powiedzieć, że znacznie szczęśliwszych, choć o wiele prostszych. Ulic nie wypełniały najnowsze modele samochodów; kamienice nie miały krzykliwych kolorów – zwykle straszyły obdartymi fasadami i framugami obłażącymi z farby. Jednak bez materialnego przepychu, czy półek sklepowych uginających się od artykułów również można było znaleźć szczęście. Wynikało ono z bliskości ukochanej osoby i nie przynależności; drobne w portfelu, ciuchy w plecaku i słońce oświetlające horyzont, do którego człowiek pędził pchany mieszaniną ciekawości i naiwności.

Okruchy szczęścia równie krótkie, co błysk flesza aparatu; tym było moje życie. Dobre życie. Stabilne życie, którego nigdy, za żadne pieniądze, nie chciałabym powtórzyć.

Bezlistne gałęzie drzew unosiły się pośród mgły; pokrywała je szadź i kolejne warstwy świeżego puchu bombardującego bezszelestnie tę część świata. Nagle podmuch wiatru przyniósł śmiech i zapach smażonego mięsa. Zmarszczyłam brwi i rozejrzałam się dookoła.

Co jest do cholery? Odbijam mi?

Kolejny łyk brandy i spłukanie gardła sokiem pomarańczowym. Opróżniłam już ponad połowę flaszki. Byłam nieźle wstawiona. Pewnie dlatego tak oddziałały na mnie fajerwerki i pewnie z tego powodu myśli nawarstwiają się – przepychają i depczą, jakby same posiadały świadomość i pragnęły zostać sformułowane, nim czas dobiegnie końca.

Uważaj!

Krzyk dziewczynki. Dostałam od niego gęsiej skórki. Wstałam, przeszłam z dziesięć metrów do miejsca, w którym rozwidlała się ścieżka i kolejny raz powiodłam wzrokiem dookoła. W pierwszej chwili nic nie dostrzegłam. Mgła, mrok i śnieg drastycznie ograniczały pole widzenia. Wtem kątem oka zarejestrowałam buchający w niebo kłąb iskier.

Mam was! – syknęłam, nie wiedząc do końca, o czym w ogóle mówię. Następnie ruszyłam w tamtym kierunku.

Poślizgnęłam się na zamarzniętej kałuży – o mało nie wywinęłam orła. Trzeźwa pewnie tonęłabym w zdenerwowaniu; w końcu zmierzałam w stronę nieznajomych i o mało nie rozbiłam sobie łba. Jednakże alkohol, mimo rujnowania człowieka fizycznie i psychicznie, w odpowiednich dawkach pomagał; zamieniał największego neurotyka w pewnego swych poglądów mówcę.

Ustało drżenie rąk. Serce było niczym bębny wojny: statyczne i mocne. Na chwile odsunęłam rozmyślania na temat przeżytych lat. Niech poczekają bolesne wspomnienia i pełne śmiechu wakacje nad polskim morzem; wrócę do was… Obiecuję, że przynajmniej raz zawładniecie mym umysłem, nim wyautuję się z rzeczywistości – nim wystrzelę swoją czarną duszę (duszę pokrytą cierpieniem jak płuca palacza oblepione są nikotyną) z ciała. Bądźcie cierpliwi moi mili, ponieważ obecnie mam misję do wykonania. Idę… Nie, co ja mówię: Pędzę zbawić świat i zostać super bohaterem!


16



Zmierzając w stronę szerokiego pnia kasztanowca, widziałam wypadające zza niego chybotliwe światło. Otaczała mnie monotonia małego, górskiego miasteczka. Jedynymi dźwiękami był zgrzyt butów zagłębiających się w śnieg, szum pędzącej arteriami krwi i coraz głębszy oddech rozgrzanego ciała.

Powinnam zmierzać w stronę cmentarza, nie tułać się nocą po parku – wyszeptałam, muskając korę opuszkami palców. – Są rzeczy dużo gorsze od śmierci; wystarczy na swej drodze spotkać nieodpowiedniego człowieka.

Czym dłużej zwlekałam, tym strach mocniej nadwątlał spokój wywołany alkoholem; dziesiątki pokrytych jadem macek wypełzało z umiejscowionego w żołądku gniazda, porażając każdy nerw. W końcu, z braku lepszego pomysłu, wstrzymałam oddech i wychyliłam głowę zza pnia. Z jednej jego strony ogniska siedziała dziewczynka – miała najwyżej dwanaście lat; z drugiej zaś staruszek o szarych oczach, dużym nosie i czapce ledwo trzymającej się na czubku łysej głowy.

Kasjano? Ty też to słyszałaś?

Jakby kroki, ale teraz ucichły. Może to jelonek?

Nieznajomy uśmiechnął się i pokręcił głową.

Dzikie zwierzę, nawet bardzo głodne, nie zbliżyłoby się do ogniska, przy którym siedzi człowiek.

Pewnie masz racje, dziadku. Może pójdę się rozejrzeć?

Nie było sensu udawać nindży; wyszłam zza pnia i ruszyłam w stronę płomieni.


17


Dobry wieczór. Czy mogę się ogrzać przy ognisku?

Witamy i zapraszamy – rzekł mężczyzna, przywołując na twarz uśmiech. Jego wzrok wciąż skierowany był w płomienie.

Dziękuję. Siedziałam na ławce nieopodal i usłyszałam krzyk. Przyszłam więc sprawdzić, czy komuś nie dzieje się krzywda.

Odważnie z pani strony. Nie spodziewaliśmy się kogokolwiek tu spotkać.

Sięgnęłam po najgrubszą z gałęzi i usadowiłam na niej cztery litery. Następnie wyciągnęłam z plecaka flaszkę i sok. W innych okolicznościach nie piłabym przy nieznajomych, obecnie jednak było mi wszystko jedno.

To nie odwaga. – Postukałam palcem we flaszkę, jak przed laty zrobił to Bukowski, zapytany przez reportera, skąd bierze inspirację. – Alkohol nie tylko rozgrzewa, ale potrafi też zamienić nawet takiego tchórza jak ja w bohatera!

Dziewczyna zakryła dłonią usta i zachichotała.

Ach młodość! – pomyślałam. – Jaka jesteś wspaniała i popieprzona jednocześnie!

Może napiję się pan ze mną? Brandy z sokiem pomarańczowym? Niestety nie mam kubeczka.

Facet, wciąż spoglądając w płomienie, po omacku wymacał śnieg wokół pieńka, na którym siedział. Schwyciwszy w palce metalowy kubek, wyciągnął go w moim kierunku. Dopiero wtedy, głupia, zrozumiałam, że jest niewidomy.


18


Skoro rozgrzewa mi pani dziadka alkoholem, może odwdzięczę się smażoną kiełbaską?

Rozchyliłam usta, by zaprzeczyć. Dziewczyna była jednak szybsza. Musiała też coś wyczytać z mojej twarzy, ponieważ dodała:

To żaden problem. Mamy jedzenia pod dostatkiem.

Bardzo dziękuję, młoda damo. Chętnie zjem coś ciepłego.

Siedzieliśmy w milczeniu. W pewnym momencie niebo kolejny raz rozświetliła petarda. Błękitne światło wyłoniło otoczenie z mroku, kreśląc na śniegu cienie w kształcie krzaków i gałęzi. Wspomnienia nie stały już w kolejce, lecz – podobnie do myśli – bez ładu pięły się w stronę powierzchni. Letnie burze i smak jagodowych rożków. Zabawy w chowanego, w berka i dziada pilnującego sadu. Wycieczki rowerowe, jazda autostopem nad jezioro, dnie spędzone na wędrówce po lasach i psocenie zapracowanym sąsiadom. Bez jednej negatywnej myśli w głowie. Dzieciak niczym bobslej pędził po z góry wyznaczonym torze. Idealnie pasował do rzeczywistości – rzeczywistości idealnie pasowała do niego. Tymczasem punkty bólu bezwiednie wczepiały się w skórę na podobieństwo pasożytów, by ogołocić życie z tajemnicy i czaru; by zamienić egzystencję w niemożliwy do wygrania (bezsensownie niedorzeczny!) wyścig.

Piękna noc na śmierć, nieprawdaż?

Słowa starego wyrwały mnie z zamyślenia i poraziły jak błyskawica. Gdyby nie spłycający reakcję alkohol, jego wnuczka na pewno wyczytałaby coś z mojej twarzy.

Dlaczego akurat to przyszło panu do głowy?

Jaki tam ze mnie pan. Nazywam się Tobiasz Grotowski.

Dziadek lubi rozmawiać na mroczne tematy – stwierdziła Kasjana, nacinając scyzorykiem piętko kiełbasy. O kolano miała oparty kij z zaostrzonym końcem. – Chyba nie powinnam się dziwić, bo pracował czterdzieści cztery lata jako grabarz.

Podziwiam, lecz zarazem nie rozumiem, jak można wykonywać pracę lekarza czy grabarza; obaj patrzą na najgorsze aspekty bycia człowiekiem: ból i śmierć – powiedziałam. Alkohol równa się wylewność, pomyślałam, lekko się uśmiechając.

Praca przy zmarłych spadła na mnie przypadkiem. Rodzice kuzyna prowadzili zakład pogrzebowy. Chciałem sobie dorobić, więc się u nich zatrudniłem. Końcem końców przepisali na mnie interes, bo wiedzieli, że każdy inny członek rodziny zaraz go sprzeda. Tak spędziłem lata życia… Szykowałem do ostatniej podróży tych, którzy nie mieli już marzeń ani zmartwień. – Dziadek wychylił resztę alkoholu i machnął kubkiem, by wytrząsnąć z niego resztki płynu. Wyszczerzyłam ząbki na ten widok, ponieważ identycznie robił mój ojciec, gdy w letnie wieczory popijał z kolegami na podwórzu. – Poza tym wnuczka trochę przesadza. Zestarzałem się i straciłem wzrok, więc mam chyba prawo myśleć o końcu ostatecznym, który – nie ma, co ukrywać – jest bliżej niż dalej.

Gdybym przez lata patrzyła na wpychane do trumien zwłoki, na pewno bym oszalała.

Człowiek przywyka do wszystkiego, niestety. Poczęstuje mnie pani jeszcze odrobiną brandy?

Mam dla pana dobrą wiadomość: w plecaku przyniosłam dodatkową flaszkę, więc – zerknęłam wnuczkę, czy nie będzie miała surowej miny – możemy wypić jeszcze niejedną kolejkę.

Tylko z umiarem dziadku. Pamiętaj, że za trzy godziny mamy pociąg.

Swego czasu nie takie ilości się piło i bez problemu wracało do domu!

Kasjana słuchała, lekko kiwając głową. Usta wykrzywiał jej sarkastyczny uśmieszek młodej osoby, która wszystko wie lepiej.

Kiedyś to było kiedyś. Teraz jesteś już stary…

Ale jeszcze nie martwy, młoda damo! – Uniósł się mężczyzna, zaciskając dłoń w pięść. – Potrafię znieść odrobinę alkoholu!

Nie powiedziałam tego. Przepraszam, jeżeli tak to odebrałeś. – Dziewczyna wydawała się naprawdę skruszona, co w ogóle mi nie pasowało do typowej nastolatki. – Nim… Wyjechaliśmy, obiecałam mamie, że będę się tobą opiekować. Zamierzam dotrzymać słowa.


19


Chwila za chwilą płynęły leniwie niczym opasłe od śniegu obłoki. Siedzieliśmy przy ognisku, sączyliśmy alkohol i rozmawialiśmy na ogólne tematy, nie pytając o nic osobistego. Do tej pory dowiedziałam się jedynie, iż Kasjana z Tobiaszem przyjechali do miasteczka ostatnim pociągiem i niedługo wyjeżdżają. Skąd, dokąd i po co? Niestety nie mogę wysnuć żadnego przypuszczenia na ten temat. Nie specjalnie mi to jednak przeszkadza, ponieważ byli sympatyczni, prześmiesznie się przekomarzali i sprawiali wrażenie mocno do siebie przywiązanych.

Mogę wiedzieć, dlaczego zdecydowaliście rozpalić ognisko na peryferiach miasta, zamiast przesiedzieć czas do pociągu w jakiejś kafejce? – zapytałam, obracając w dłoniach szklaną kulę, którą wyciągnęłam, by pokazać ją Kasjanie. – Jeżeli nie chcecie odpowiadać, w pełni to rozumiem.

Ależ tam. – Machnął ręką staruszek. W drugiej dłoni trzymał owiniętą kromką chleba kiełbasę; odrobina musztardy ściekła mu na dłoń. – Żadna to tajemnica. Jesteśmy wędrowcami z dalekich stron, którzy spotkali się przy ognisku, więc powinnyśmy trochę o sobie wiedzieć.

Zerknęłam w stronę nastolatki. Po jej zaciętej minie wnioskowałam, że nie była co do tego przekonana.

Moja żona pochodziła z tego miasteczka. Poznaliśmy się w tym parku; dokładnie po tym kasztanem. – Grotowski wolną ręką bezbłędnie wskazał miejsce, w którym stał organizm roślinny. – Teraz gdy już wszyscy…

Dziadku! – Wybuchnęła Kasjana, lecz szybko spuściła z tonu. – Nie idź w tamtym kierunku, proszę.

Dobrze, kochanie. Wybacz.

Dziewczyna wstała, obeszła ognisko i przytuliła staruszka. Spostrzegłam łzy na jego policzkach, więc skupiłam wzrok na płomieniach.

No więc – podjął, gdy dziewczyna na powrót usiadła – po latach wróciłem do miejsca związanego z najszczęśliwszą chwilą mojego życia. Kochałem żonę. Kasjana przypomina ją z charakteru; również studzi zapał, pozwalając zrobić krok w tył i spojrzeć na sprawę chłodnym okiem.

Miałeś wielkie szczęście, że spotkałeś tak cudowną istotę – stwierdziłam łamiącym się głosem. Mimo lat stary pierdziel naprawdę kochał małżonkę; mówił o niej w taki sposób, że ledwo powstrzymywałam łzy. – W młodości sądziłam, że większość żyjących razem ludzi jest szczęśliwa. Prawda, jak to zwykle bywa w rzeczywistości, okazała się o wiele bardziej smutna.

Mhm. – Kiwał głową starzec, przełykając kolejny kęs kiełbasy. – Bardzo lubię straszne filmy i powieści grozy…

Dnie spędzane z trupami panu nie wystarczyły!?

Oczywiście! Po latach trup przestaję być trupem; staję się tylko kolejnym obowiązkiem do wykonania. Tymczasem historie zawierające grozę, naprawdę potrafiły mną wstrząsnąć; wyciągały człowieka z monotonii! Niestety jakieś dwanaście lat temu, gdy – Tobiasz zawiesił głos, jakby szukał sposobu, by ominąć wydarzenia, o których Kasjana nie chciałaby słuchać – otrzymałem kilka bardzo mocnych ciosów prosto w pysk od losu. Wtedy też doszedłem do tego samego wniosku, co ty: Nic nie jest bardziej przerażające do codzienności.

Codzienność: horror obleczony powłoką monotonii.

Ślepe oczy koloru spranego błękitu osadzone w pomarszczonej twarzy przesunęły się z wolna, spoczywając prosto na mnie.

Ty też uległaś pęknięciu, prawda? Dlatego tu jesteś?

Świat zatańczył mi przed oczami. Usłyszałam wybuchający fajerwerk, choć – jestem pewna – tym razem żaden nie rozświetlił nieba. Nie wiedziałam, gdzie uciec… Gdzie się schować przed ludźmi, którzy czytają we mnie, jakby była otwartą księgą? Nie mogę mówić o zapisanym wewnątrz bólu. Nie potrafiłabym nawet wtedy, gdybym bardzo chciała.

Ta pani chyba też ma wydarzenia, o których wolałaby nie rozmawiać – stwierdziła Kasjana, popijając wodę z butelki. Kosmyk włosów opadł jej na twarz, przez co wyglądała naprawdę słodko.

Skoro już zjadłeś, może zrobię nam po jeszcze jednym drinku? – zapytałam, po czym wzięłam głęboki wdech, by odegnać melancholię.

Bardzo chętnie się napiję!

Tylko niech będzie to już naprawdę ostatni drink. Dobrze, dziadku?

Tak jest, kochanie – odparł Grotowski, salutując. – I tak niedługo powinniśmy się zbierać.

Korzystając z okazji, nie mogę nie zapytać… Czy przez te wszystkie lata pracy w zakładzie pogrzebowym przydarzyło się panu coś… – Tu na chwilę zawiesiłam głos. Szukałam odpowiedniego słowa, ponieważ nie chciałam wyjść na nawiedzoną. – …niezwykłego?

Niewidome oczy patrzyły na mnie i przeze mnie zarazem. Kąciki ust starego nawet nie drgnęły; najwyraźniej pytanie nie wzbudziło w nim wesołości.

Zależy, co rozumiesz przez „coś niezwykłego”.

Cóż…

Tobiasz podniósł dłoń na znak, bym poczekała. Następnie podjął:

Jeżeli chodzi o zmartwychwstanie, zombie, czy gadających truposzów, którzy przekazują żywym ważne informacje na temat ich przyszłości, niestety nie. Żadnych duchów, wampirów, czy spacerujących umarlaków. Zamiast tego miałem sporo niezwykłych przypadków zwłok doprowadzonych do takiego stanu, iż po ich zobaczeniu, odchodzili mi pracownicy; na przykład mężczyzna rozerwany przez swojego szympansa. Zwierzaczkowi najwyraźniej znudził się opiekun; może też wziął go za intruza na swoim terytorium… W każdym razie pupilek oderwał swemu właścicielowi ręce, dolną szczękę i lewą nogę. Dodatkowo wyłupił mu oczy i odgryzło nos. Tego widoku nigdy nie zapomnę. Był też inny biedak, któremu wiedźmowata małżonka odcięła fiuta, gdy ten…

Dziadku! – Kasjana wtrąciła się kolejny raz; na twarzy igrał jej uśmieszek. Nie wytrzymałam i również zaświeciłam ząbkami.

No co? Mówię, jak było! Poza tym nie mam historii o chodzących zmarłych, więc opowiadam o czymś równie popieprzonym!

Może znajdź inną historię?

Był facet w stroju klauna nadjedzony przez lwa, kobieta, która, jadąc na motorze, uderzyła w autobus i oderwało jej głowę… Niemowlęta po śmierci łóżeczkowej, nastolatki przypominające układankę po samobójczym skoku z wiaduktu… Dla mnie te wszystkie przypadki sprowadzają się tylko do jednej, najistotniejszej chwili: Po skończonych przygotowaniach, stałem nad tymi biednymi ludźmi, ściskałem ich dłoń i modliłem się. Nie rozmawiałem z żadnym z bogów, lecz okazywałem zwykłe zainteresowanie – serce tym przedwcześnie odchodzącym w nicość. Gładząc ich po głowie, zastanawiałem się często, jakie mieli chwile wypełnione śmiechem? Ile nocy nie przespali, ponieważ umysł rozpierała im miłość do drugiego człowieka… Widzicie, świat to syf i nie ma tu nic nadprzyrodzonego, czy fantastycznego. Mimo to można (co więcej trzeba!) poświęcić chwilę drugiej istocie, jaka by nie była, ponieważ nawet największy wykolejeniec walczył z całych sił, by w końcu przegrać. Wszyscy przegramy. W pewnym sensie przegraliśmy w chwili narodzin… Jedziemy na tym samym wózku, więc przydałoby się więcej, znacznie więcej empatii i uwagi.

Dziękuję – powiedziałam, ocierając zły. – Cudowny z pana człowiek.

Pieprzę jak kaznodzieja, ale pewne rzeczy człowieka palą do tego stopnia, iż muszą znaleźć ujście. Tylko tyle.


20


Pakując się, usłyszeliśmy:


I z darami do Betlejem wszyscy pobieżeli

I z darami do Betlejem wszyscy pobieżeli


Chojka chojka zieleni się trowka zieleni się trowka

Siedzą sobie pastuszkowie jedzą kaszę z gorka

Siedzą sobie pastuszkowie jedzą kaszę z gorka…


Pijane głosy wznosił się, opadały i przeplatały. Byli to najbardziej niezgrani kolędnicy, jakich w życiu słyszałam. Zerknąwszy w stronę Kasjany i Tobiasza, zauważałam, że chichrają się niczym uczniaki po usłyszeniu wulgarnego żartu.

Zdawałem sobie sprawę, że alkohol to silny narkotyk, ale żeby powodował głuchotę? Jezusie najdroższy jak oni fałszują! – stwierdził staruszek.

Mam ochotę zatkać sobie uszy śniegiem! – Dodała jego wnuczka.

Popatrzyliśmy po sobie i ryknęliśmy śmiechem. Czułam niczym nieskrępowaną radość, lecz nie trwała ona zbyt długo; podczas zamykania plecaka, dostrzegłam pudełko z białego plastiku. Na jego widok dreszcz przebiegł mi po plecach, w głowie zaś błysło jedno słowo: TABLETKI! Namacalny dowód nadchodzącego końca – pomyślałam. – Ileż miałam szczęścia, że trafiłam na tak wspaniałych ludzi do rozmowy? Do ostatniej rozmowy w moim pokracznym życiu? Najwyraźniej nawet skazaniec zasługuje na łyżeczkę cukru dodaną do kubka wypełnionego trucizną…

Dziękuję przypadkowi, że was spotkałam. Równie dobrze mogłam siedzieć na ławce, w samotności zatruwając organizm alkoholem; mogłam błądzić w gąszczu czarnych myśli, dokładając sobie niepotrzebnego cierpień.

Co prawda podsumowywałam już swoje dni spędzone na tej planecie, lecz muszę przyznać to jeszcze raz: Miałam dobre życie. Ciężką, lecz wypełnioną ukochanymi egzystencję. Nie cierpiałam z powodu głodu, wojny, czy napaści. Nie chorowałam śmiertelnie – nikt mnie nie zgwałcił i nie zamordował. Po prostu od młodego wieku osłupienie wywoływała u mnie bezbarwność i czczość mijających dni. Pewnie dlatego nigdy nie potrafiłam naprawdę przynależeć; nie uosabiałam się z żadną partią, czy ruchem politycznym; nie miałam wiary (choć jej nie negowałam), ani ustalonej wizji świata… Z jakiegoś powodu, może chodziło o wrodzoną podejrzliwość, każde rozentuzjazmowane działania odbierałam jako szachrajstwo. Rękami i nogami odpychałam od siebie kolejne konstrukcje myślowe tworzone przez cwanych erudytów wepchanych na mównicę przez jeszcze cwańszych mistrzów marionetek.

Końcem końców z lekkim sercem mogę powiedzieć, że miałam sporo szczęścia.

Wycierpiałam tyle, iż spokojnie starczyłoby na kilka istnień, lecz w historii świata istniały jednostki, których każda chwila była piekłem. Przeraża myśl, iż właśnie w tej chwili na oddziale położniczym leży nieskalane jeszcze społeczeństwem życie. Na jego czole zaś pełga niewidzialna pieczęć – to ciebie los, przypadek, Bóg, diabeł, czy mistrz symulacji wybrał, byś nawet za najmniejszą chwilę szczęścia płacił największym bólem. Nie znajdziesz ukojenia pośród dni i nocy. Póki będziesz stawiał kroki i snuł marzenia, póty rzeczywistość będzie je miażdżyć i pluć ci prosto w twarz. Następne zaś, gdy już osiągniesz dno absolutne i zostaniesz ochrzczony nieudacznikiem, ludzie – jakby instynktownie czując sączącą się z ran krew – zaczną szarpać i kąsać twą psychikę. Bliźni zadbają, byś sczezł gdzieś na peryferiach czasu wciśnięty w najdalszy kąt rzeczywistości. Później będą stać skruszeni nad twoim trupem, kiwając głowami. „Zawsze wiedziałem, że był dziwakiem – powiedzą. – Żałosny mięczak dostał to, na co zasłużył”.

Ciekawe, czy za sto lat ludzie wciąż będą siedzieć przy ognisku, jeść kiełbaski i rozmawiać na różne tematy? – Słowa Kasjany kolejny raz wyszarpnęły mnie z własnej głowy.

Trzeba życzyć przyszłym pokoleniom powodzenia… Może wyciągną wnioski z błędów swych poprzedników.

Poczekaj, coś dla ciebie mam – rzekłam, gdy dotarliśmy do latarni. Ściągnęłam plecak, po czym wyciągnęłam z niego rękawiczki i szklaną kulę zakupioną kilka godzin temu. Z jej środka wciąż spoglądał na mnie chłopiec w żółtym szaliku trzymający za rękę świętego mikołaja. – Proszę, weź to na pamiątkę po pewnej starej babie. Niech ci przypomina o naszym spotkaniu.

Sądziłam, że nastolatka wzruszy ramionami, zdawkowo podziękuje i odejdzie w swoją stronę. Zapomniałam chyba jak rozemocjonowane i szczere w wyrażaniu uczuć potrafią być dziewczyny w wieku Kasjany. Wnuczka Tobiasza rzuciła mi się na szyję i przytuliła bardzo mocno, raz za razem dziękując za podarunek.

Panu również dziękuję. Za rozmowę, gościnę i małe pijaństwo.

A więc znowu mówimy sobie na pan? – podjął Grotowski z uśmiechem. – Tak zupełnie poważnie: Kasztan w tym parku będzie mi się teraz kojarzył nie z jedną, lecz z dwoma wspaniałymi kobietami. Gdziekolwiek pani zmierza, mam nadzieję, że droga nie będzie wyboista, a na mecie ktoś panią gorąco przywita.

Wymieniliśmy z Kasjaną łzy i kolejne uściski. Odwróciłam się, z zamiarem odejścia, gdy dziewczyna wyciągnęła coś ze swojej walizki i położyła mi na dłoni; małe drzewko bożonarodzeniowe ozdobione złotymi bombkami i czerwoną wstążką. Na jego widok coś wewnątrz trzasnęło z taką siłą, iż o mało nie zemdlałam. Echem w moim wnętrzu odezwała się agonia. Dość tego – szepnęła podświadomość. – Czas nagli, kochanie. Nie zwlekaj dłużej, bo nigdy się na to nie zdobędziesz.

Kochane z ciebie dziecko. Zabiorę ze sobą to piękne drzewko na koniec świata.

Pobeczałyśmy jeszcze trochę, spojrzałyśmy sobie w oczy i – tym razem ostatecznie – ruszyliśmy; każde w swoją stronę.

Zostały mi ostatnie kilometry do przejścia.


21


Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek widziała równie wielkie płatki śniegu spadające z nieba w równie nienachalny sposób. Białe znaczki pocztowe o nieregularnych kształtach wędrowały w stronę ziemi, jakby znudzone nie tylko samym lotem, ale też swym przeznaczeniem w ogóle. Rozstawszy się z Kasjaną i Tobiaszem, poczułam miażdżącą kręgosłup samotność. Szarpiąca kościec pustka i monotonia otoczenia sprawiły, iż wyciągnęłam rękę, skupiając uwagę na lądującym na niej śniegu. Ostatnie ruchy mięśni, ścięgien i stawów. Wyliczone oddechy, mrugnięcia i przełknięcia śliny. Zjedzona kiełbasa nigdy już nie opuści mego żołądka… Nie zobaczę już wschodu słońca – nie poznam tego, co do zaoferowania ma kolejny dzień!

Panika niemal rozsadzała klatkę piersiową. Przygryzłam wnętrze ust, by stłumić krzyk. Następnie przystanęłam przy najbliższej ławce, otworzyłam plecak i wyciągnęłam z niego leki. Wysypawszy na rękę garść tabletek, wrzuciłam je do gardła i zapiłam brandy.

Czy naprawdę sądziłam, że to będzie łatwe? – zapytałam samą siebie tylko po, by rozgonić ciszę. – Dlaczego wcześniej nie zaczęłam łykać tabletek? Kretynka!

Mijałam ludzi, lecz było ich niewielu. Robiło się późno – w miasteczku nie zamontowano koksowników, nie rozpalano też ognisk, by amatorzy siedzenia pod chmurką mieli gdzie ogrzać cztery litery. Widziałam takie zabiegi tylko w jednym mieście w Polsce i zrobiły one na mnie niesamowite wrażenie. Jedynie tam społeczności nie spędzały wszystkich wieczorów przed komputerem, czy telewizorem. Mieszkańcy miasta Perun wylegali na ulice – spotykali się ze sobą, czasem nawet do rana popijając i gawędząc przy płomieniach. Ponoć to tradycja podtrzymywana od tysiąca lat, nie jestem jednak, co to tego przekonana. W każdym razie nigdy nie zapomnę języków ognia odbitych w wodach jeziora i powietrza ciężkiego od zapachu palonego drewna.


22


Jakieś czterdzieści minut później dotarłam do jedynej nekropolii w miasteczku. Szarpnąwszy za bramkę, odkryłam, że jest zamknięta. Prochy przejmowały coraz większą kontrolę nad moim ciałem – należało zagęszczać ruchy. Podeszłam do murka i przerzuciłam przezeń plecak. Następnie wgramoliłam się na kamienne ustrojstwo i przeskoczyłam na drugą stronę. Pech chciał, że akurat w tym miejscu wyrzucano stare znicze; niektóre pękły mi pod stopami. W pierwszej chwili pomyślałam, iż mogą przeciąć podeszwę i utknąć w stopie. Szybko jednak przypomniałam sobie, po co przyszłam na cmentarz i zachichotałam jak wcześniej Kasjana.

Trzeba dokooptować do pieca, bo zgaśnie! – wyszeptałam, szczerząc ząbki. Następnie łyknęłam kolejną porcję prochów i alkoholu.

Przystanęłam tuż przy drzwiach do kaplicy. Z minutę stałam bez ruchu, nasłuchując, czy o tej diabelskiej porze nie przyniosło kogoś na cmentarz. Wyobraziłam sobie nawet grupę podchmielonych małolatów siedzących na ławce obok jednego z grobów, popijając Amarenę.

Błagam, nie… Nie mogę się teraz wycofać. T… Tylko nie to.

Księżyc wyszedł zza chmur. Śnieg zalśnił miriadami diamentów. Nagrobki ciągnęły się jak okiem sięgnąć. Z pamięci wyskoczyła mi scena z filmu Nic śmiesznego, kiedy to główny bohater (Adaś Miauczyński) pokazuje reżyserowi wybrany przez siebie plener do zdjęć.

– „Kiedy wjechali na wzniosłość drogi, oczom ich ukazał się las… Krzyży!”.

Nie mogłam nad sobą zapanować – zarżałam jak kobyła. Wybuch radości nie trwał zbyt długo, lecz wystarczył bym zrozumiała, iż prochy dotarły do najdalszych zakątków mojego umysłu.

Tylko spokojnie. Tylko. Spokojnie.

Jak z większością czynności w życiu – najciężej było zacząć. Wzięłam głęboki wdech, spojrzałam na gwiazdy migające prze z lukę w chmurach, po czym ruszyłam przed siebie. Rozgniatałam zamarznięte kałuże, mróz kąsał czubek nosa, a żołądek trawił szatańską mieszankę tabletek i alkoholu. Nagle w nozdrzach poczułam zapach soli; usłyszałam też szum fal, skrzek mew i dziecięcy śmiech. Cudowne dwa tygodnie spędzone nad polskim morzem – pomyślałam. – Najlepsze wakacje w moim życiu, do których wracałam w bezsenne noce, czy podczas najtragiczniejszych wydarzeń. Przeszłość nie skrywa tylko bólu i niespełnienia; oczywiście – bez względu na to, w co chcą wierzyć bałwochwalcy pozytywnego myślenia – one przeważają… Jednakże, pośród pustyni pełnej nic niewartych drobin piasku, ukryte głęboko tkwią perły; stop-klatki z uśmiechniętymi buziami dzieci, które nie poznały jeszcze goryczy dorastania i mężem w sile wieku. Nie wiedzieliśmy, co przyniesie przyszłość. Nikt tego nie wie; dlatego pędzi z jęzorem na wierzchu, jakby miał żyć wiecznie. Człowiek zwykle przegląda na oczy, gdy jest już za późno. Przyzwyczajony do niedomagań ciała i paskudnych faktów związanych z istnieniem, jest zbyt słaby i zniechęcony, by wyjść na mównicę i wydać wrzask, który wyrwałby młodych z otępienia; który pomógłby im zrozumieć – oszczędzając łez.

Ileż można się zadręczać… Tak bardzo chcę zasnąć…

Kolejna wędrówka w stronę Kasjany i Tobiasza. Niemal ich widziałam, jak siedzą na peronie – czekają na pociąg; może nawet już w nim siedzą… Czy zostanę na dłużej w ich pamięci? Staruszek sprawiał wrażenie przenikliwego człowieka, więc może podejrzewał, że rozmawia z kimś, kto niedługo opuści ten świat? Rzucanie klątw i życzenie powodzenia to oczywiście bzdury, lecz w razie gdyby były prawdziwe: wysyłam potężną dawkę pozytywnej energii w stronę wnuczki i jej dziadka. Niech mają dla siebie jak najwięcej czasu; niech rozwiążą się problemy, o których nie chcieli (lub nie mogli) rozmawiać i – last but not least – niech siła wypływająca z mojego umęczonego ciała ochroni ich przed największym bólem.

Zasnę na zawsze – stwierdziłam. Ciało natychmiast pokryła mi gęsia skórka. – Odejdę z tego świata tak, jak odchodzi każdy człowiek: Samotnie. Jednak dzięki wam, kochani, przypomniałam sobie, co znaczy prawdziwa rozmowa z drugim człowiekiem.


23


Zeszłam w dół wzniesienia, gdzie w odstępach około dziesięciu metrów rosły płaczące wierzby. Pozbawione liści gałęzie zwisały niemal do samej ziemi, przypominając mi włosy ukochanej córki, gdy wychodziła z kąpieli. Między nimi z ziemi wystawały nagrobki tych najmniejszych z ludzi, którzy odeszli do nicości, nim w ogóle zdążyli zrozumieć, że istnieją. Rzeczywistość uosabia chaos…

Jesteśmy zaledwie eksperymentem kogoś znudzonego wiecznością – stwierdziłam bełkotliwie, rozkładając prześcieradło. Z krawędzi szczęki zwisały kolejne łzy. – Nie wybrałam swojego widzenia świata; nie odpowiadam za swą wrażliwość i w ogóle nie jest mi przykro…

Przez chwilę przyglądałam się leżącemu na śniegu prześcieradłu, na które – przetykane gałązkami brzozy– padało światło księżyca. Przyklękłam na materiale, zamknęłam oczy i wlałam do żołądka ostatnią porcję brandy. Ledwo powstrzymałam wymioty, po czym wsypałam do ust pozostałą ilość leków, zapijając je sokiem.

Śpieszyć się… – wyszeptałam.

Do dwóch kopert włożyłam karteczkę z identyczną wiadomością dla policji. Niech wiedzą, że sama to sobie zrobiłam. Przy odrobinie szczęścia uniknę też autopsji; nie chcę, by moje biedne ciało zostało pokrojone na kawałki bez żadnego powodu. Prócz kilku zdań wyjaśnienia, zostawiłam wszystkie posiadane przez siebie pieniądze – w teorii mają być one przeznaczone na kremację, jednakże jak będzie w praktyce? Nigdy się nie dowiem.

Czując coraz większą senność, wyciągnęłam słuchawki i walkmana. Chwilę zajęło, nim włożyłam kasetę i porządnie usadowiłam ustrojstwo na głowie. Z głośników popłynął Święty Graal Monty Pytona. Wiatr zgarnął z drzew odrobinę śniegu, ciskając mi ją prosto w twarz.

To cudowne – wyszeptałam, szczerząc zęby. Tak przynajmniej mi się wydawało, ponieważ wszystko tańczyło i wirowało. Słyszałam śmiech dzieci i męża. Szliśmy po plaży podczas zachodu słońca. Czy wtedy podejrzewałam, jak skończę? Gdyby miała zgadywać, powiedziałabym, iż tamta osoba w ogóle nie spodziewała się dożyć tak podeszłego wieku; tamta wersja mnie nie zdawała sobie sprawy z wielu rzeczy… W najśmielszych snach nie przypuszczała, ile czeka ją strat.


24


Ostatkiem sił, wciąż słuchając Monty Pytona, założyłam na głowę foliową torbę. Następnie owinęłam ją taśmą w okolicach szyi, by odciąć dopływ powietrza. Tego momentu bałam się najbardziej… To znaczy, było tak, gdy wcześniej o tym myślałam, ponieważ teraz istniał jedynie szum fal wpadających jedna za drugą na plażę. Słońce niemal już zaszło, lecz wciąż czułam jego ciepło na skórze. Przed oczami tańczyły mi twarze Kasjany i Tobiasza. Widziałam, jak mkną przez mrok w pociągu, a dziewczyna ściska w dłoniach szklaną kulę wypełnioną śniegiem. Chciałabym coś do niej powiedzieć. Wyrzucić z siebie słowo-pieczęć, które przemknęłoby dzielącą nas odległość – na zawsze zostało z nastolatką, by nigdy nie poczuła samotności, z jaką ja walczyłam przez ostatnie lata.

Nagle w oddali spostrzegłam dwoje ludzi. Chłopiec, któremu na rozgrzanie kupiłam herbatę, szedł w moim kierunku. Trzymał się za ręce z kobietą

(Pojechałem do mamy. Tata nie był zadowolony z tego powodu).

o włosach koloru wiśniowego drzewa i niezdrowo bladej skórze, jakby była…

Martwa! – chciałam powiedzieć, lecz tylko pomyślałam. Chłopiec, zamiast pójść do szkoły, pojechał na cmentarz do ukochanej mamy. Tam po zmroku odnalazł go ojciec… Dlatego też był ubrany na czarno…

(Codziennie będę do niej chodził z kwiatami).

Zaabsorbowana własną męką, nie dostrzegłam rozpaczy kogoś, kto tak bardzo potrzebował pocieszenia…

Otworzyłam usta, by krzyknąć, lecz wypłynęło z nich wyłącznie rzężenie. Zniekształconą materiałem torby obserwowałam choinkę ze złotymi bombkami i czerwoną wstążką. Padały na nią płatki śniegu przemieszane ze światłem księżyca. Drzewko jako jedyne towarzyszyło mi w drodze do krainy nigdy-nigdy… Ciężko uwierzyć, że wszystko to nie ma początku, końca i sensu, ale tak właśnie jest. Byłam zaledwie kolejnym zagubionym dzieckiem; wielu jeszcze przyjdzie takich jak ja… Niech mają ich w opiece bogowie i… Niech spoczywają w pokoju.


***


sobota, 14 sierpnia 2021

Skromny bełkot

 


Miał wtedy dziewięć lat. Była szara i wietrzna sobota. Dzień wolny od szkoły spędzał u kolegi, którego rodzina posiadała małe gospodarstwo. Przyjaciele siedzieli pod dębem, tworząc w piasku drogi dla resoraków, gdy usłyszeli kwik świni. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia, podciągnęli odziedziczone po starszym rodzeństwie spodnie i ruszyli w stronę obory.

Dotarłszy do niej, schowali się za wędzarnią i skupili wzrok na wejściu. Drzwi były otwarte. Wypływał z nich elektryczny blask i dochodziły śmiechy. Po chwili na zewnątrz wyszli odziani w koszule, gumofilce i wyświechtane dżinsy mężczyźni – ojciec i wujek jednego z chłopców. Ciągnęli na sznurku lochę. Zwierze zapierało się z całych sił; wbijało w ziemię krótkie nóżki, jakby wiedziało, co je czeka na końcu drogi.

Weź ją, kurwa, naprostuj, Gienek” – rzekł starszy do młodszego. Ich wiek można było bez problemu określić, ponieważ na głowie pierwszego zostało zaledwie kilka siwych włosów, podczas gdy drugi miał bujną czuprynę niczym Putto. W ustach, zaprzeczając jego nieskazitelności, tlił się papieros bez filtra potoczenie nazywany Gwoździem.

Odziana w gumofilc stopa wykonała ruch wahadła i trafiła lochę w zad. Rozległa się kolejna seria kwiknięć. Gienek nie zamierzał na tym poprzestać; kopał zwierzę dopóty, dopóki nie zaczęło przebierać nogami.

Powinienem zostać poskramiaczem lwów w cyrku!” – rzucił, po czym obaj mężczyźni ryknęli śmiechem.

Z jednym się zgodzę: Nadajesz się do cyrku!”.

Dzień powoli dobiegał końca. Nie była to najlepsza sobota w krótkim życiu chłopców. Planowali jechać nad rzekę z wędkami, lecz rodzice im zabronili, ponieważ pogodynka twierdziła, że spadnie deszcz. Tymczasem do zachodu słońca z nieba nie runęła nawet kropla. Obłoki straszyły tylko jednolitą szarością, a wiatr kołysał rozpadającym się przęsłem płotu i wystukiwał o ścianę nierówny rytm obluzowaną rynną. Właśnie w ten przygnębiający, podobny do miliona innych, dzień dziewięciolatek zobaczy coś, co na zawsze zmieni jego życie. I jak to bywa z tego typu punktami kulminacyjnymi – nic nie zapowiada ich nadejścia; wielkością nie przypominają one pokrytego neonami sterowca; nie dają o sobie znać z wyprzedzeniem, by człowiek wiedział, kiedy podnieść gardę, czy szerokim łukiem ominąć pewne wydarzenia. Niestety punkty zapalne często składają się z drobiazgu lub drobiazgów. Wystarczy jedno wyrzucone mimochodem zdanie kogoś, kogo w ogóle nie znamy, byśmy do końca życia nosili wewnętrzną zadrę i niechęć do pewnego typu ludzi; wystarczy zbyt wczesna ekspozycja na realia rzeczywistości i ich splecione z bólu filary, by powstała iskra, która – przy dogodnych warunkach – przerodzi się w pożar; sięgającą tysiąca stopni pożogę spalającą wszystko na swej drodze.

Co oni chcą zrobić?” – zapytał dziewięciolatek, wlepiając powiększone zaciekawieniem oczy w kolegę.

Zamiast odpowiedzi chłopiec, którego rodzina posiadała gospodarstwo i który widział już świniobicie, wyprostował palec wskazujący i przejechał nim po gardle. Wydał przy tym dźwięk składający się ze spółgłoski „k” i zrobił minę, jakby ktoś go dusił.

Zabiją ją? A… Ale dlaczego?”

Tym razem, zamiast wydawać dziwne dźwięki, chłopiec poruszył ustami, jakby coś jadł i pomasował się po brzuchu.

Nie możesz mi po prostu powiedzieć? Musisz się wydurniać?”.

Zamiast słów dostał skinienie głową i szeroki uśmiech charakteryzujący się uzębieniem podobnym do klawiszy fortepianu: Raz białe, raz czarne, raz białe, raz czarne itd.

Dobrze, skoro nie możesz mówić, to może chociaż pokażesz mi, jak twój tatko ubija świniaka?”.

Urwis niemowa energicznie skinął głową i wystawił kciuk w górę. Następnie, już ze znacznie poważniejszą miną, przystawił palec do ust, nakazując przyjacielowi ciszę.

Rozumiem, że jak nas zauważą, to pasek plus goły tyłek równał się będzie kwiczeniu? Tak samo, jak ta loszka?”.

Kolejne skinięcie głową i – już słowne – ponaglenie przyjaciela, by przestał się chichrać i patrzył, gdzie stawia nogi, ponieważ sprawa jest poważna; musieli podejść jak najbliżej, by obejrzeć przedstawienie w pierwszym rzędzie. Należało zrobić to bardzo cicho, ponieważ tatko miał dobry słuch… I ciężką rękę.


*


Przebiegłszy przed podwórko, przyjaciele dotarli do drabiny prowadzącej na pierwsze piętro stodoły; trzymano w niej worki z nawozem, nieużywane narzędzia i ziarno. Chłopcy bez słowa wspięli się do otworu w ścianie i weszli do środka. Urwis niemowa jeszcze raz przyłożył palec do ust, podkreślając wagę ciszy i powagę całej sytuacji. Z jego twarzy zniknęło rozbawienie – teraz miał równie wielkie oczy, co wcześniej jego dziewięcioletni kolega.

Stodoła, przynajmniej na pierwszym piętrze, nie miała doprowadzonego prądu, przez co chłopcy skradali się w półmroku. Zewsząd spoglądały na nich ożywione dziecięcą wyobraźnią kształty. Wiatr wpadał przez szczeliny w murze – poruszał elementami otoczenia, wydając przy tym niepokojący świst. Lata dziewięćdziesiąte słynęły z horrorów i braku restrykcji, co do wieku oglądających; dzięki temu sporo z dorastających wtedy dzieciaków oglądało z rodzinką Koszmar z ulicy Wiązów, Candymana, Gremliny, czy Laleczkę Chucky. Przekradający się przez zagracone pomieszczenie przyjaciele nie stanowili tu wyjątku i nie wpływało to pozytywnie na ich samopoczucie. Nie wiedzieć kiedy, jeden i drugi odnieśli wrażenie, że przeskoczyli z rzeczywistości do świata filmu i są bohaterami jednego, wyjątkowo krwawego, dreszczowca. Krew buzowała im w skroniach, serce szalało w piersi, a pot zbierał się nad górną wargą. Obaj mieli ściśnięte ze strachu zwieracze i obaj błagali w duchu Boga, by wszystko dobrze się skończyło.

Gdyby musieli spędzić kolejne minuty w wypełnionym kurzem i zapachem żyta pomieszczeniu, w końcu zrezygnowaliby z operacji „Ubojnia”. Jednak szybko dotarli do celu swej wędrówki; była nim pięciocentymetrowa dziura w podłodze, przez którą widzieli nie tylko szczyty głów ojca i wujka, ale też miotającego się na sznurku świniaka.

Trzyma ją teraz mocno”.

Mężczyzna z blond lokami złapał sznurek oburącz i rozstawił nogi. Zwierze spoglądało na niego ciemnymi oczami – drżało przy tym na całym ciele. Czyżby wiedziało, co je czeka? Może mimo braku świadomości dysponowało intuicją? Czy po twarzy człowieka można poznać, kiedy zamierza zadać ból? Czy otaczający go smród śmierci i posoki alarmuje resztę zwierząt, że skończył się żarty i nadszedł dzień cierpienia? Po osiągnięciu dorosłości dziewięciolatek tysiące razy zadawał sobie podobne pytania; leżał w bezsenne noce wgapiony w sufit, obracając w głowie karuzelę makabry.

Nachyleni nad dziurą chłopcy mieli czas, by uspokoić nerwy – opuścić gardę. Pewnie dlatego aż podskoczyli, gdy starszy z mężczyzn zamachnął się siekierą i uderzył płaską stroną obucha w głowę zwierzęcia. Powietrze przeszył tępy dźwięk podobny do łamanej na kolanie deski. Locha upadła na bok. Dostała drgawek. Przebierała przy tym nogami niczym śniący o pogoni pies. Pęknięte oko wyciekło z oczodołu świni. Starszy z mężczyzn odłożył siekierę i chwycił nóż. Nie wyglądał na zdenerwowanego. Dlaczego miałby być, skoro widział takie sceny wiele razy? Precyzyjnym ruchem wbił nóż w gardło lochy. Następnie pociągnął, poszerzając ranę – upodabniając ją do wypełnionego posoką oczodołu. Między czasie młodszy odrzucił sznurek i przyniósł miskę. Spłynęła do niej krew, która posłuży do zrobienia kaszanki. Tamtego popołudnia – powróciwszy do domu – dziewięciolatek spojrzy na własne dłonie; dotknie własnej szyi i postawi pytania, na które nigdy nie znajdzie odpowiedzi. Z kolejnymi latami świadomość kruchości własnego życia i absurdalności istnienia czegoś zbudowanego z mięsa, kości i krwi niemal pozbawił go zmysłów.


*


Starał się nie wiercić. Nie chciał obudzić Perełki, ponieważ za kilka godzin wstawała do pracy. Mijające godziny, panujące pod kołdrą gorąco i poniewierająca mózg cisza kąsały go dotkliwie – w końcu odkleił się od pokrytego potem ciała ukochanej i ruszył w stronę drzwi.

Cyprian? Znowu nie możesz spać? – Usłyszał, gdy był tuż przy wyjściu.

Idę tylko do łazienki. Śpij, kochanie.

W innych okolicznościach czułby się winny, że nie powiedział swej dziewczynie prawdy. Teraz jednak wiedział, że dyskusja o trzeciej nad ranem, bez względu na poruszany temat, nie ma sensu. Od małego przechodził poważne doły emocjonalne, które przynosiły ze sobą bezsenność. Czasem nie spał przez tydzień; krążył wtedy po zmroku ulicami Perun. Upiór z podkrążonymi oczami, bladą twarzą i przetłuszczonymi włosami. W takich okresach zwykł mawiać Perełce, że głowę ma pełną samobójstw i nie wie, ile jeszcze wytrzyma. Czasem odwiedzał cmentarze. Lubił przy blasku świecy bądź telefonu czytać tablice nagrobne; wyobrażać sobie ludzi, którzy dawno nie żyli. Nie wiedział dlaczego, lecz czuł z nimi jedność. Pociągały go pytania bez odpowiedzi; mroczne aspekty nie tylko ludzkiej natury, ale też rzeczywistości i zwątpienie samo w sobie. Chyba jedyną rzeczą, prócz pracy artystycznej, sprawiającą Cyprianowi radość, było pielęgnowanie zwątpienia.

Trzydzieści pięć lat spędzone pośród przeróżnych religii i ideologii – stwierdził, strzepując z fiuta ostatnie krople moczu. – Każdy głosi jakąś prawdę. Tymczasem ja potrafię tylko wątpić; urodziłem się dla czczej analizy i obłędu.

Po wyjściu na korytarz, zamiast wrócić do sypialni, najpierw odwiedził kuchnię, a później ruszył do pracowni. Składała się ona na mały pokoik wypełniony książkami i biurko z laptopem. To na nim Cyprian zapisywał kolejne strony książki, nad którą pracował od kilku tygodni. „Cienie ostatniej z dróg”, bo tak brzmiał tytuł roboczy, opowiedziane były z punktu widzenia pierwszej osoby i dotyczyły trzydziestoletniego mężczyzny podróżującego stopem w Bieszczady, gdzie zamierzał popełnić samobójstwo. Czy coś (lub ktoś) go od tego odwiedzie? Dowiedzą się czytelnicy w całej Polsce… O ile Pan Pisarz przestanie szukać wymówek, zasłaniać się dołem emocjonalnym i ruszy do pracy.

Czy z wewnętrznego rozbicia można wyciągnąć jakąś treść?

Zadał to pytanie, obserwując swe odbicie w oknie. Lampka rzucała blade światło; upodabniała twarz Cypriana do utkanej z białego snu maski bądź ducha osoby, która niegdyś zajmowała to mieszkanie i teraz wróciła, by zobaczyć, co też zmienili nowi właściciele.

Nie miał siły wklepywać słów do komputera. Mimo to włączył edytor tekstu, by przeczytać, co ostatnio spłodził. Gdzieś wewnątrz łudził się, że oplatające mózg łańcuchy na chwilę puszczą i choć napiszę dwie strony. Pomóc w tym miała herbata malinowa, którą wcześniej zabrał z kuchni. Chciał nawet dolać do niej Yerby, lecz postanowił poczekać z tym, aż Perełka wyjdzie do pracy. Już widział jej minę, gdy wstałaby i zobaczyła, że siedzi przy komputerze o piątej rano nabuzowany mieszanką kofeiny, teobrominy i teofiliny. Wahania emocjonalne Cypriana i połączona z nimi bezsenność kosztowała ich sporo nerwów. Chodzili po lekarzach, zmieniali marki leków i ich dawkowanie. W końcu przeprowadzili długą rozmowę sprowadzającą się do jednego kluczowego pytania:

Dużo mówisz o samobójstwie, więc chcę wiedzieć, czy zamierzasz je popełnić. Niemal codziennie myślisz o śmierci i przemijaniu. Podważyłeś wszystko i teraz nie wiesz, jak żyć. Rozumiem… No, przynajmniej staram się to zrozumieć. Jesteś moją ulubioną osobą na całym pieprzonym świecie. Nie chcę cię stracić. Nie mogę cię, kurwa, stracić! Czy dotarło to do twojej melancholijnej mózgownicy?”. – Paula wyglądała tamtego dnia cudownie. Do złudzenia przypominała Iris Von Everec; bez makijażu, tonąca w swetrze koloru kawy z przebijającymi człowieka na wylot piwnymi oczyskami. Zresztą… Dla Cypriana ona zawsze wyglądała cudownie, ponieważ ją kochał. Nie znosił tego zdegradowanego przez piosenkarzy (i ludzi w ogóle) słowa; zwykle w inny, bardziej indywidualny, sposób zapewniał Perełkę o swych uczuciach; najchętniej robił to przy pomocy drobny gestów. Wypełniał nimi codzienność; dzięki czemu oboje byli szczęśliwsi, a związek lepiej znosił monotonię kolejnych lat. – Nie mogę zrozumieć, w jakim miejscu znajdujesz się emocjonalnie. Jednak nie zamierzam biernie obserwować. Przywiążę cię do kaloryfera, zaknebluję i będę żywić przez kroplówkę, jeżeli trzeba. Znasz mnie i wiesz, że nie żartuję. Szesnaście lat temu coś sobie przysięgliśmy. Mam nadzieje, że dotrzymasz słowa!”.

Od ich rozmowy minęło pięć lat. Raz było lepiej, raz gorzej – jak w każdym związku. Cyprian dotrzymał przysięgi; mimo zagłębiania wewnętrznych rozterek i błądzenia po rubieżach rzeczywistości zachował ostatki sił na uśmiech i dobre słowo dla Pauli. Wiedział, że podczas gorszych okresów, gdy dni melancholii przybierały postać tygodni, czy nawet miesięcy, a wewnętrzne sztormy zatapiały kolejne statki transportujące okruchy nadziei, zawsze istniało schronienie; nienaruszalna przystań do złudzenia przypominająca mierzącą metr pięćdziesiąt pięć brunetkę z blizną w kształcie klucza basowego na skrzydełku nosa; Wredotę – jak zwykł ją nazywać w pierwszych latach związku – o nieskończonych pokładach cierpliwości i nadziei. Czasem dochodził do wniosku, że właśnie ten jeden aspekt ich balansuje: On nie wierzy w nic, gdy tymczasem ona przepełniona jest wiarą w to, że dobro zatryumfuje.


*


Trudność nie polegała na samej czynności pisania. Cyprian zrozumiał to wcześnie; jeszcze nim opublikował pierwsze opowiadanie. Najcięższe w zawodzie pisarza było przełamanie niemocy. Kulminacyjna chwila następowała wtedy, gdy człowiek (niegdyś) zasiadał przed kartką papieru, czy maszyną do pisania, lub (obecnie) ekranem komputera. Ty obserwujesz pustą stronę, a pusta strona obserwuje ciebie. Czy przejdziesz od bierności do ataku? Podźwigniesz ruiny z morskiego dna – zbudujesz miasto ze słów? Cyprian czasem wyobrażał sobie, że akapity to nie tylko ciągi logiczne, lecz właśnie dzieła elfickiej architektury.

Kursor drwi ze mnie miganiem.

Siedział skulony na krześle przez dobre pół godziny. Nie wiedział, w którą stronę ruszyć. Nie wiedział nawet, czy w ogóle chce ruszyć. Z biegiem lat życie stawało się coraz cięższe. Nagle pomyślał o wszystkich śpiących w bloku ludziach. W głowie zaświtało mu jedno słowo:

Trupy. Jeszcze nie teraz, ale już niedługo. Dziesiątki skrytych pod kołdrami kształtów. Bijące serca, trawiące żołądki i wypływające z tyłków pierdy. Wszystko zawarte w kilkudziesięciu kilogramach kogoś, kto uważa się za pępek świata, ponieważ tak został zbudowany. Lata nauki i walki z przeciwnościami. Wzlatujące ponad chmury (czasem sięgające dna) emocje. Menażeria absurdu, którą zakończy bezdech i wstrzymana akcja serca. Mózg i gnieżdżąca się w nim świadomość odejdą w gnicie. Niech jeden z drugim zostawi po sobie dzieła… Niech przetrwają one tysiąclecia – nie ma to znaczenia. Stworzyłeś kolejną iluzję. Postawią pomnik, nazwą ulicę twoim imieniem i pójdą w swoją stronę; ponieważ mają swój czas tak samo, jak ty miałeś swój”.

Kolejne myśli, niczym wychodzące z mgły zombie, napływały do Cypriana. Nie chciał zaprzątać sobie nimi głowy, dlatego odłożył kubek, otworzył nowy plik i napisał:






Wypełniające płuca zimno.

Krople wody zamarzające

na powierzchni oka.

Złamany paznokieć.

Wyjące z bólu plecy –

majacząca na horyzoncie

spopielona przyszłość.


Rozdroże istniało od

zawsze ukryte

za ołowianą kurtyną.


Zrzucić okowy i stlić się

w jednej chwili?

Czy gasnąć na raty,

pożerając kawałek

po kawałku własną

duszę?


Nadzieja.


Jest jej tak mało.

Dlatego proszę o siłę…

Bym w odpowiedniej

chwili spakował emocje,

otworzył okno i

uleciał wiatrem.


Bym miał odwagę

stać się

przeszłością.


Nigdy nie potrafił pisać poezji, jednak tworzenie zlepków słów – stworzeń wierszowatych, jak zwykł je nazywać, sprawiało mu przyjemność. Proza wymagała logiki, stylu i spędzania długich godzin przed klawiaturą. Tymczasem poezja, bardziej nieokreślona i przez to trudniejsza, pozwalała opisać rozterki, które w danej chwili przeżywał. Cyprian nie wyobrażał sobie życia bez pisania i czytania; nie miał pojęcia, jak obchodzi się bez niego większość populacji. W najtrudniejszych chwilach, gdy wnętrze nie przyjmuje żadnego argumentu; gdy umysł zamierza w stronę wypełnionej melancholią przepaści, nic tak nie pomaga, jak wiersze Tadeusza Micińskiego, Emily Dickinson, czy Giacomo Leopardiego. Tylko jednostki złamane, niepogodzone ze światem i istnieniem w ogóle, potrafią wzruszyć do łez; sprawić, by w momentach największego napięcia człowiek wiedział, że nie jest sam – nie przechodzi przez emocjonalne piekło jako pierwsza osoba pod słońcem i istnieje z niego wyjście… Dla każdego inne – w zależności od temperamentu.

Skończywszy ostatnią strofę, poprawił największe błędy, skasował zbędne słowa i zapisał plik. Wiedział, że (najprawdopodobniej) nigdy więcej nie zobaczy tego wiersza. Głośno nawet nie nazwałby powyższego zlepku słów wierszem, ponieważ uważał, że jest to obraza dla mistrzów, którzy poświęcili życie na szlifowanie warsztatu i przekazywanie emocji poprzez przemyślaną i głęboką poezję. Kompas nie chciał przyznać, że nie przepada za idealną pod kątem warsztatu twórczością. Nigdy nie krytykował czyichś prac – nie podcinał ludziom skrzydeł, ponieważ każdy ma szansę, by zostać rozpoznanym i docenionym. Czasem potrzeba do tego lat ciężkiej pracy… Niektórym zaś wystarczy jedna książka (przypadek!) i już zapraszają autora do programu śniadaniowego, by opowiedział o swoim „wiekopomnym dziele” i „procesie twórczym”. Skoro każdy człowiek pragnie podziwu i akceptacji, a ludzkość to jedynie epizod w historii świata, dlaczego więc odmawiać komuś spełnienia? Jeżeli jego samoocena uzależniona jest od postronnych – i tak brnie ku zagładzie; do śmierci, niczym węszący za działką ćpun, będzie robił wszystko, by zaimponować innym… By osiągnąć ekstazę wybitności, posunie się nawet do kłamstwa, kradzieży, czy morderstwa.

Wirtuozi literatury… Tytani, którzy na fundamentach talentu, przy pomocy wykształcenia, inteligencji i ciężkiej pracy budowali aglomeracje ze słów i tak pozostaną niedoścignięci przez większość. Są to odszczepieńcy ludzkości; ewenementy wynikające z chaosu natury. Przeciętny umysł nie powinien brać sobie za cel szczytu danej dziedziny, ponieważ z dużym prawdopodobieństwem skończy jako rozczarowany życiem nieudacznik, wariat bądź samobójca. Cyprian oscylował między tymi trzema przymiotnikami od dwudziestego roku życia, choć nigdy nie wierzył we własny talent. Wiedział jednak, jak niebezpieczne są pozytywne komentarze pod książką, czy opowiadaniem. Nie chciał należeć do ludzi. Nie chciał mieć fanów, których mógłby zawieść. Pragnął jedynie drobnych pieniędzy w zamian za wykonaną pracę i świętego spokoju.

Niech czytają moje przemyślenia; niech szukają w nich nadziei, którą sam dawno straciłem – wyszeptał, po czym wziął sporego łyka herbaty. To samo zrobiła jego kopia odbita w oknie. – Nie mam talentu. Nie mam wykształcenia. Nie jestem interesujący. Nie piszę po dziesięć godzin dziennie o dzielnych rycerzach, czy diablo inteligentnych detektywach… Cud, że w ogóle jeszcze oddycham! Można mi zarzucić wszystko, lecz nie brak szczerości. Tworzę tylko po to i aż po to. Emocje i przemyślenia; cierpka w smaku esencja Cypriana Kompasa przelana na dysk komputera. Nigdy nie otrzymam żadnej nagrody, tydzień po pogrzebie pamiętać o mnie będzie jakieś cztery osoby; lecz to nic, bo przynajmniej spojrzałem rzeczywistości prosto w ryj i nie cofnąłem się o krok. Mimo ciągłego bólu, melancholii i myśli o śmierci nie tęsknię za iluzją; mimo bulgoczącej pod czaszką świadomość absurdalności istnienia wytrwałem na posterunku; wypłukana na ze łudzeń, zmiażdżona bezsensem konstrukcja.


*


Szedłem poboczem z wyciągniętym kciukiem. Od dwóch godzin nieprzerwanie padał deszcz. Wiatr szarpał mnie za poły płaszcza i wystające spod czapki włosy. Zza wzniesienia wyjechał żuk z plandeką. Południe minęło siedem minut wcześniej. Ruch na drodze intensywnością bardziej przypominał strumyk niż rwącą rzekę. Miałem nadzieję, że kierowca zignoruje zdrowy rozsądek i zabierze ze sobą ubranego na czarno mężczyznę w średnim wieku. Wyszczerzyłem nawet zęby – łudziłem się, że to w jakiś sposób wpłynie na jego decyzję.

Usłyszałem pisk hamulców. Samochód zjechał na pobocze. Przyglądałem się mu przez kilka sekund, jakbym pierwszy raz w życiu widział żuka w kolorze oliwki. Następnie biegiem ruszyłem w jego kierunku. Dotarłszy do drzwi, nacisnąłem klamkę i zajrzałem do środka. Za kierownicą siedziała kobieta. Na oko miała pięćdziesiąt lat. Zębami ściskała papierosa. Dym wypełniał kabinę – unosił się wokół fotografii młodego chłopaka dyndającej na kawałku druta w miejscu wstecznego lusterka.

Dzień dobry, jedzie pani w stronę miasta?

Którego dokładnie? Trochę ich tu jest.

Mnie to obojętnie.

Nieznajoma machnęła ręką i rzekła:

Wsiadaj. Pogadamy po drodze, bo mi śpieszno.


Oderwał dłonie od klawiatury. Zegarek z pękniętą obudową w kształcie gitary wskazywał trzecią pięćdziesiąt siedem. Spędził przy komputerze niemal dwie i pół godziny. Książka zyskała kolejne tysiąc słów i początek nowej sceny; ma ona miejsce, gdy główny bohater zatrzymuje żuka. Cyprian nie wiedział nawet, kto go będzie prowadził; w głowie od miesięcy nosił obraz starszej kobiety, której syn został wywieziony do lasu i zgwałcony przez trzech mężczyzn. Z powodu traumy i wstydu wrażliwy nastolatek później odebrał sobie życie; zniszczył monotonne życie rodziny – przypomniał jej członkom, że funkcjonują w drapieżnym świecie, w którym nie istnieje sprawiedliwość.

Muszę to przemyśleć…

Cyprian nie lubił słowa sprawiedliwość, tak samo, jak nie przepadał za określeniem czegokolwiek w kategoriach dobrych i złych. Zdaniem Kompasa rzeczywistość kreują drobiazgi – nie uogólnienia. Nikt nie jest tylko zły, tak samo, jak żaden z ludzi nie uosabia wyłącznie dobroci. Nawet łotr w swych własnych oczach może uchodzić za kogoś szlachetnego, ponieważ dopuszcza się podłych czynów w imię sprawy, którą stawia wyżej innych. Nie można też powiedzieć, że zatryumfowała sprawiedliwość, gdy złapano mordercę i wsadzono go na dwadzieścia pięć lat do więzienia, ponieważ nawet największe jego cierpienie nie zmieni faktu, iż zadał śmierć drugiej istocie. Co dla zgwałconej kobiety może znaczyć, że jej oprawca gnije w więzieniu? Oczywiście poczuje (przynajmniej do pewnego stopnia) ulgę, ale czy to coś zmieni? Stało to się, co się stało; facet zrobił to, co zrobił i nic, nawet najsurowsza kara, nie cofnie czasu. Tym samym nie wygrywa sprawiedliwość, lecz zatyka się palcem dziurę w tamie, która przecieka w milionach innych miejsc.

Jesteśmy szaleńcami. Każdy bez wyjątku. Ludzie to potwory! – rzekł, krzywiąc twarz i podnosząc do góry palec, by upodobnić się do szalonego proroka. Kiedyś o wiele poważniej traktował takie słowa, jednak po latach nabrał dystansu; teraz egzystencja bardziej go śmieszyła, niż przerażała.

Z racji tego, że w historii pojawiła się postać, której nie planował, postanowił przywitać dzień poza mieszkaniem i wszystko przemyśleć. Miał takie jedno miejsce, które pobudzało wyobraźnie i ułatwiało analizę. Perełka wstawała za godzinę do pracy, więc postanowił przygotować jej kanapki, zaparzyć kawę i czmychnąć z mieszkania.

Wyłączył laptopa, zgarnął z biurka kubek po herbacie i ruszył do kuchni.


*


Mało brakowało, nic by nie wyszło z cichego opuszczenia mieszkania, ponieważ zahaczył biodrem stolik, na którym stał telefon i wazon. Oba przedmioty najpierw zatańczyły z lewa na prawo, jak szykujący się do walki zapaśnicy sumo, by chwilę później runąć na ziemię. Cyprian nie miał czasu na myślenie: Wystrzelił w stronę wazonu z wyciągniętymi dłońmi i złapał go tuż przy podłodze. Tymczasem telefon (co za szczęście!) upadł akurat w miejscu, gdzie leżał dywanik, który Paula przywiozła miesiąc wcześniej z rodzinnego domu.

Ma się ten refleks! – Kompas przyłożył dłonie do ust, by stłumić narastający śmiech.

Wyszedł z mieszkania za dwadzieścia piąta. Na zewnątrz panowały ciemności, lecz do wschodu słońca nie zostało wiele czasu. Ruszył w górę klatką schodową. Miał nadzieję, nikogo nie spotkać po drodze. Nie lubił czujnych spojrzeń mieszkańców bloku, którzy dzięki plotkom dobrze wiedzieli, że jest Panem Pisarzem dziwakiem i najlepiej omijać go szerokim łukiem; bardziej ciekawscy, nieczujący strachu przed czarnymi zawijasami wydrukowanymi na papierze, czytali jego opowiadania i książki. Kolekcja reakcji wyskoczyła Cyprianowi przed oczami; poczynając od zmarszczonego czoła, wybałuszonych oczu i zaciśniętych na włosach dłoni, a kończąc na szybkim, płytkim oddechu i otwartych do krzyku ustach. Oczywiście wszystko to stanowiło produkt jego wyobraźni, lecz sprawiało, że miał ochotę ryknąć śmiechem; przepełnionym gniewem, żalem i frustracją rechotem kogoś, kto powinien siedzieć w podziemiach szpitala dla nerwowo chorych i garściami łykać antydepresanty wraz ze stabilizatorami nastroju.

Sam jestem sobie winny… Zbyt wiele wymagałem od świata i od siebie; dlatego wpadłem do zbiorowej mogiły, w której ostatni dech wydają wszystkie marzenia i miłości. Jestem złamanym idealistą; zaprzeczeniem optymisty – wszystko widzę w czarnych barwach. Smutkiem napełnia mnie nawet płynący ku ziemi liść. W końcu, każdy z ludzi, tak samo, jak ten biedny kawałek natury, najpierw uschnie, a następnie zostanie starty z powierzchni świata. Wszystkie wspomnienia, fascynacje i doznania, które noszę pod czaszką, trafi szlag wraz z zatrzymaniem funkcji oddechowych. Ilu niesamowitych ludzi zostało zmiecionych z powierzchni świata przez wirusa, czy chorobę? Mozart zmarł w wieku trzydziestu pięciu lat… Gdyby pożył jeszcze raz tyle, ile powstałoby niesamowitych utworów? A co z Edgarem Allanem Poe? Jak znieść przedwczesne odejście Sylvii Plath, czy Davida Fostera Wallacea? Czy można ich winić za to, że nie podołali czemuś tak makabrycznemu, jak istnienie?”.

Myśl, ile chcesz. Nic to nie da. Najwybitniejsze umysły pochylały się nad pytaniami bez odpowiedzi. – Przeskakując po dwa stopnie, zdobywał kolejne piętra. Czasem przystawał przy oknie i obserwował śpiące pod warstwą puchu Perun. Pomarańczowe wysepki rzucane przez oka latarń prowadziły aż do samego brzegu jeziora, gdzie targane lodowatym wiatrem majaczyły wody Głębii; latem jezioro pełne było turystów. Teraz przypominało otwarte usta otchłani, do której wpada każdy, nawet najmniejszy, okruch szczęścia. – Na koniec i tak każdy wraca do Sokratesa i słynnego przesłania: „Wiem, że nic nie wiem”.

Bez większych problemów dotarł do schodów prowadzących na strych. Nikt nie zaczepił go po drodze. Nie zaalarmował też swoją obecnością śpiących lokatorów. Jedynie dwa haskie Kraszewskich rozszczekały się i zaczęły drapać w drzwi. Była to norma – mało kto zwracał na nie uwagę. Istniało też – co prawda niewielkie, ale jednak – prawdopodobieństwo, iż na strychu spotka Adama Rudzika: pijaczka spod trójki. Takie rendez-vous zdarzało w przeszłości; Cyprian wchodzi do korytarza, z którego ma zamiar wejść na dach, i spostrzega siedzącego na skrzynce jegomościa z butelką Amareny w dłoni. „Nałóg nie zna dnia ani godziny – pomyślał, popychając drzwi. – Spotykałem tu sąsiada o każdej porze dnia i nocy. Dobrze, że przynajmniej nie namawia do picia, jak większość uzależnionych od etanolu panów z wodnistym wzrokiem, twarzą pokrytą spękanymi żyłkami i łatwopalnymi oparami wypływającymi z ust”.


*


Odliczył do trzech i podciągnął na rękach do wysokości okna. Wpadał przez nie lodowaty wiatr – oplatał ciało Cypriana szponiastymi dłońmi. Nie miało znaczenia, że przed wyjściem założył kalesony, kurtkę i czapkę. Ludzkie ciało, podatne na zmiany temperatury, drżało od szoku. Pokryła je gęsia skórka. W pierwszej chwili po wyjściu na dach miał wrażenie, że mocniejszy podmuch zmiecie go dziesięć pięter niżej. „To dopiero byłaby heca! – wyszeptał cyniczny głosik w jego głowie. – Tyle obietnic i zapewnień złożonych Pauli; plany wspólnego życia… Może nawet wyjazd na wieś i zakup małego domku gdzieś z dala od oślinionych ust, które wszystko wiedzą najlepiej i przekrwionych oczu, które wszystko dostrzegają najczyściej? Nie… O nie, nie! Zamiast tego utrata równowagi, spadanie przez ułamki sekund i śmierć. Perełka wyszłaby do pracy i zastała pokiereszowane ciało ukochanego; na wystających przez skórę kościach osiadałyby płatki śniegu, a rozbryźnięty mózg tworzyłby postmodernistyczne dzieło, które idealnie podkreślałoby te pojebane, wypłukane z treści, czasy, prawda?”.

Podczas gdy głos podświadomości pluł jadem, Cyprian rozstawił krzesełko rybackie, wyjął z reklamówki termos wraz z kocem i usiadł metr od krawędzi dachu. Przez ostatnie pięć lat robił to setki razy. Nigdy nie planował skoku; nie chodziło o myśli samobójcze, czy jakąkolwiek inną formę autodestrukcji. Kompas uwielbiał podziwiać zachód słońca (i życie miasta w ogóle) ze swego położonego kilkadziesiąt metrów nad głowami przechodniów gniazda. To tutaj przychodził, gdy nie wiedział, w którym kierunku pchnąć pisaną historię. Podczas dni przepełnionych wewnętrznym napięciem (najczęściej wynikającym z melancholii i blokady pisarskiej), wchodził na dach i obserwował zmagania Perun z rzeczywistością. Samotność ponad społeczeństwem działała podobnie do medytacji; pozwalała złapać dystans, wziąć głębszy oddech i osadzić rzeczywistość na fundamentach.

Pierwsze pół godziny było najgorsze. Mróz rozszarpywał zastygłe w bezruchu ciało – utkane z lodu kły przenikały przez skórę, tłuszcz i mięśnie, i wżynały się w kości. Nie pomagał koc, czy porcje kawy wlewane do żołądka; nie pomogły też pierwsze promienie słońca, które nieśmiało wychynęły na wschodzie, jakby obawiały się, że pod ich nieobecność tę część świata nawiedził kataklizm. Tu i ówdzie jęknęły zawiasy drzwi klatek schodowych; wiatr przyniósł odgłos skrobania zamarzniętych szyb. Silniki samochodów wchodziły na obroty, ktoś coś krzyknął na powitanie, ktoś inny mu odpowiedział – ludzie wyszli z łóżek, by stawić czoło rzeczywistości, a w zamian dziesiątego dostać papierki, dzięki którym przetrwają następne tygodnie. Na samą myśl o tysiącach lat łez i potu przelewanych w rzeczywistości opartej na powtarzalności i konfliktach zbrojnych Cyprian poczuł, jak coś wewnątrz otwiera oko; źrenica otchłani przesunęła się z lewa na prawo. Kompasem targnął dreszcz. Wiedział, że ta jedna bestia nie może odzyskać pełni świadomości; lata temu przyprawiła go o szaleństwo, którego mało nie przypłacił życiem. Teraz, po osiągnięciu trzydziestu pięciu wiosen, nie dałby rady przetrwać. Nie można drugi raz stoczyć walki ze śmiercią i wyjść bez szwanku. Ruina wnętrza – czysta autodestrukcja zamieszkuje niektórych z ludzi i gdy wyrwie się spod kontroli, nic jej nie powstrzyma.

Pomyśleć, że ciało, które zajmuje, nie będzie kiedyś przylegać do kości – rzekł, spoglądając na własną dłoń. Echem słyszał obuch siekiery uderzający loszkę między oczy; pierwsza wyrwa w roztaczanej przez dorosłych, kościół i telewizję iluzji; pierwszy znak zapytania postawiony przy fakcie śmiertelności i pierwsze wątpliwości co do boskiego pochodzenia homo sapiens. – Pomyśleć, że nawet największe emocje… Nawet miłość do Pauli nie znaczy nic, ponieważ ludzkość to zaledwie przecinek w bibliotece świata zawierającej nieskończoną liczbę ksiąg. Jakim cudem, patrząc na życie, wciąż trwam i daję rady tworzyć? I skoro prawda wygląda tak odpychająco, a dla większości jest po prostu nie do przyjęcia, jaką iluzję wymyśli ludzkość w przyszłości, skoro niemal zamordowali wiarę chrześcijańską? Czyżby za sto, dwieście, czy trzysta lat znowu miały zapłonąć, tym razem napędzane technologią z filmów sci-fi, stosy? Nie mam złudzeń co do tragicznego końca homo sapiens, ale bardzo ciekawi mnie, jak to się stanie: W jaki sposób zagłada dopadnie największego egocentryka układu słonecznego?

Nadleciał kolejny podmuch wiatru. Ten przyniósł nie tylko syrenę policyjną, ale też garść śniegu, która przylgnęła Cyprianowi do policzka. Ledwo to zauważył. Wspominał rozpłatane gardło zwierzęcia i chwile spędzone z przyjacielem; wspólne wypady na ryby, skakanie po sianie, wspinanie się po drzewach, polowanie z paletkami na chrabąszcze i wycieczki do lasu. Kompas dawno zauważył, że dorośli – zwłaszcza ci dorośli, którym doskwiera upływ czasu bądź rozpacz – często przedstawiają dzieciństwo w samych superlatywach; zakochani są w słonecznych dniach i beztroskiej bieganinie po krzakach. Ich umysły wyssały esencję z pozytywnych wydarzeń; uwikłały ich w wieczną, przepełnioną nostalgią tęsknotę za tym, czego nigdy już nie odzyskają… Cyprian patrzył na młodzieńcze lata inaczej, lecz nie drastycznie inaczej; miał pozytywne wspomnienia, ale też masę negatywnych. Jego życie nawet w dzieciństwie naznaczone było zmianami nastroju, nieprzystosowaniem, łomotem spuszczanym przez silniejszych „kolegów” ze szkoły i kłótniami rodziców. Największym plusem dzieciństwa Kompasa był chłopiec o rudych włosach i obsypanej piegami twarzy o nazywający się Ireneusz Borucki; to właśnie Irek zaciągnął kolegę na pierwsze piętro stodoły, gdzie w ciemności, z rozdziawionymi gębami, oglądali morderstwo i rozłożenie loszki na podroby. Później Cyprian nigdy już nie miał przyjaciela. Byli koledzy. Naszło ich się po tym, jak opublikował pierwszą książkę; każdemu zależało, by obcować z Panem Pisarzem, jakby przesiadywanie w jednym pomieszczeniu wystarczyło, by stworzyć dzieło literackie, które przetrwa stulecia. Statyści o wyuczonych reakcjach i pustych sercach przepływali przez mieszkanie Kompasa i Perełki nie pozostawiając śladu. To właśnie podczas takich wizyt oboje zrozumieli, jak rzadkie i cenne są prawdziwe, oparte na szczerości, relacje z drugim człowiekiem. Paula doceniła ukochanego, a Cyprian odkopał miłość do przyjaciela z dzieciństwa i przechowywał ją w sercu niczym niezbędne do życia źródło zasilania. Zawsze też nosił w kieszeni ksero listu od Irka, który dostał osiem lat wcześniej. Oryginał przetrzymywał w skrytce wraz z pierwszymi wydaniem swojej książki. Nic, nawet śmierć rodziców, nie oddziałała tak mocno na Cypriana, jak ostatnie słowa przyjaciela.


Sanok, 20 grudnia 2014


Drogi Cyprianie,


Siedzę właśnie przed pocztą w Sanoku. Czekam, aż otworzą, bym mógł wysłać ci list. Powoli wschodzi słońce. Mżawka opada na kartkę; utrudnia pisanie. Kolor szary z granatowym walczą o dominację nad otoczeniem. To będzie smutny dzień… Choć może tylko ja tak to widzę? Może winnym zniekształconego odbioru jest zaschnięta krew Rysia i Gabrysi, którą powoli zmywa z moich dłoni deszcz? Pamiętasz dzieciństwo? Świetnie się dogadywaliśmy. Ja stąpałem twardo po ziemi, a ty bujałeś w obłokach. Wsioki miały cię za świra! Nawet pijaczek z plamą między nogami nazwał cię kiedyś: „Zwichrowanym łebkiem”. Dopiero teraz sobie o tym przypomniałem! Trochę rozumiem, dlaczego siedziałeś z nosem w książkach i wymyślałeś te swoje historie; ciężko idzie mi przelewanie zdań na papier, ale jest w tym coś… Oczyszczającego? Poza tym przypominam sobie coraz więcej naszych przygód sprzed lat. Żałuję, że reszta tego listu nie będzie nosiła tak pozytywnego tonu; żałuję też, że życie zaabsorbowało mnie do tego stopnia, iż nigdy nie wsiadłem w samochód i nie przyjechałem do ciebie z dzieciakami i Marysią. Teraz, niestety, już na to za późno. Gdy będziesz czytał te słowa, dawno zniknę w odmętach Sanu. Nie przewidziałem, że tak skończę; nasi wspólni znajomi szybciej tobie przypisaliby tragiczny los, niż mnie. Życie potrafi zadziwić. Z tego, co przeczytałem w internecie, prowadzisz względnie stabilną egzystencję w Dolno Śląskiej stolicy duchów, masz stałą partnerkę i pracujesz nad nową (super smutną, co wcale mnie nie dziwi!) książką. Oby tak dalej, Cyprian. Siedząc tu, na ławce, spisując te słowa, życzę ci długiego i cudownego życia. Jeżeli istnieje niewidzialna energia i można ją przesłać, to z całego robaczywego serca właśnie próbuję to zrobić. Kocham cię, stary. Nim założyłem rodzinę, byłeś mi najbliższym człowiekiem.

Kilka godzin wcześniej miałem wypadek samochodowy. Wracałem z żoną i dzieciakami znad morza. Dziesięć kilometrów od Sanoka zderzyliśmy się z ciężarówką. Przeżyłem tylko dlatego, że nie miałem zapiętych pasów i wyrzuciło mnie z auta. Dzieciaki w fotelikach i siedząca z nimi Marysia nie mieli tyle szczęścia; zostali zmiażdżeni. Ludzie, których kochałem, rozerwała i zniekształciła pierdolona kupa blach. Strażacy pewnie do tej pory męczą się, by wydobyć resztki ich ciał z tej piekielnej układanki. Nic nie trzyma mnie już na tym świecie. Nigdy tak naprawdę za nim nie przepadałem. Możliwe, że przebywanie z tobą otworzyło mi oczy na spapraną u podstaw rzeczywistość. I choć nigdy nie posunąłem się w analizie tak daleko, jak ty, rozumiem teraz, że nie warto było walczyć przez te wszystkie lata. Rozbudowywałem firmę, kochałem i z tej miłości tworzyłem potomstwo, tylko po to, by skończyć nad ranem na ławce z butelką wódki w dłoni; by skończyć ze złamanym obojczykiem, skórą zwisającą z czoła i rozsadzającą pierś nienawiścią do… Właśnie, do kogo? Kiedyś obwiniałbym Boga, lecz w tych czasach nawet na nim nie można się już wyżyć…

Wybacz, znowu się rozpisałem. Nie wiem, skąd u mnie ta nagła potrzeba słów. Nie jestem w najlepszej formie, lecz spisywanie manifestu osoby pozbawionej nadziei wywołuje uczucie ulgi. Nie sądziłem, że ją jeszcze kiedykolwiek poczuję!

Pewnie zastanawiasz się, z czyjej winy doszło do wypadku… lecz czy ma to jakieś znaczenie? Skoro ktoś umarł i już nigdy, w żadnej pieprzonej formie, nie wróci i się z nim nie zobaczysz, to szukanie winowajcy jest bezcelowe. Mógłbym pójść do szpitala, znaleźć pokój, w którym leży kierowca tira i zabrać go ze sobą na drugą stronę. Bo i dlaczego nie? Co mnie obchodzi, czy ma rodzinę? Może powinienem przejmować się pismakami, które na drugi dzień opiszą mnie jako mordercę? Zawsze powtarzałeś, że jesteśmy tylko wyjątkowo krwiożerczymi małpami. Nigdy do końca nie dawałem w to wiary. Szukałem dobrych stron, ponieważ nie dałbym rady funkcjonować w beznadziei, w której (wybacz druhu) tkwisz od dziecka. Urodziłeś się, widząc jedynie piekło i najwyraźniej do niego przywykłeś. Ja tak nie potrafię. Sięgnąłem dna, Cyprian. Nic ani nikt mnie już nie czeka. Oddycham i wlewam do gardła wódę, ale jestem trupem! Rozumiesz to!? Czytasz zapiski kogoś, kto leży na dnie rzeki, a…

[W tym miejscu zadania są rozmyte z powodu kropel deszczu bądź łez.]

wszystko, rozumiesz? W liście masz nazwę banku i hasło. Przekazuje ci te kilkadziesiąt tysięcy złotych, które mam prywatnym koncie. Chciałbym, byś dostał też firmę i dom, ale w o tej porze nie znajdę notariusza. Poza tym rodzeństwo Marysi (mojej ukochanej żony) rozniosłoby cię na strzępy w sądzie; podważyliby testament, twierdząc, iż spisałem go pod pływem chwili, lub postradałem rozum po wypadku. A niech mają moją krwawicę; niech się o nią, kurwy, szarpią do grobowej deski! Hahaha! Najważniejsze, że choć część majątku dostanie jedna z najważniejszych osób w moim życiu. Gdyby nie ty, nigdy nie wyjechałbym z Wietrznego Wzgórza. Zgniłbym w tej dziurze – zatyrał się na śmierć w polu. Tymczasem Cyprian Kompas, największy wyrzutek, znienawidzony przez wszystkich wioskowy nierób, miał dwie najważniejsze rzeczy: Nadzieję i wyobraźnię. Już widzę twoją minę; jak boczysz się i kręcisz głową. Widzisz wszystko, takim jakim jest, bez tej całej iluzji, o której tak często wspominałeś. Nie dostrzegasz jednak tego, iż należysz do ludzi wiary. Skrzy się w tobie nadzieja, mój drogi. Inaczej nie dałbyś rady kochać i tworzyć. Zaprzeczaj, ile chcesz. Nie podyskutujemy już, niestety, na ten temat, lecz rozważ słowa pijanego samobójcy… Może akurat odkryjesz, że miał rację?

Kończę ten skromny bełkot wysunięty w twoją stronę. Pewnie będziesz zastanawiał się, czy w tych ostatnich godzinach czuję strach. W końcu mam się utopić, a to raczej nie będzie szczególnie przyjemne. Widzisz… Coś we mnie pękło; coś się bezpowrotnie złamało. Może chodzi o to, że nie mam już o co (o kogo!) walczyć? Jaki sens mleć ozorem i wkładać do ust jedzenie, skoro Rysiu i Gabrysia nigdy nie wpadną rano do sypialni i nie przytulą swojego taty? Lekarze chcieliby faszerować mnie lekami i ganiać na terapię, bo przecież: „Zawsze jest po co żyć!”. Niestety tutaj muszę się z nimi nie zgodzić. Czasem jednostka traci dosłownie wszystko i choć fizycznie wciąż żyje, to duchem odeszła z tego świata. Nie obchodzi mnie zaczynanie od nowa, czy szukanie nowego celu w życiu. Moim sercem była Marysia i te dwa szkraby, które kochałem do szaleństwa; moje serce zostało zmiażdżone wraz z nimi w tym pieprzonym wraku.


Bywaj!


*


Otworzyłem oczy i wykrzywiłem twarz w odrazie.

Świadomość zwierzęcości wypełniła mi umysł – poraziła nerwy, jakby tylko czekała, aż wypłynę z głębin snu, by zaatakować. W kineskopie wyłączonego telewizora widziałem spływające potem cielsko; pełen obrzydliwych płynów organizm, którego niemal każdy zakamarek pokrywają bakterie. Przed zaśnięciem zapomniałem otworzyć okno, przez co w pokoju panował zaduch. Czułem smród własnego oddechu. Włosy opadły na czoło i się do niego przykleiły. Jestem szczupłym człowiekiem; codziennie biorę prysznic, trzy razy dziennie myję zęby, a w gorętsze dni pokrywam pachy antyperspirantem, mimo tego, że przykry zapach czuć ode mnie jedynie wtedy, gdy pot opuszcza ciało pod wypływem silnego stresu. Jednak odraza do własnego, niestety naturalnego, pochodzenia nie wynika z braku higieny, lecz zwierzęcości; wystarczy nachylić się nad fizjologią jednostki ludzkiej, by poczuć przerażenie. Przychodzimy na świat z wrzaskiem – pokryci krwią, jakby już te pierwsze chwile dawały nam do zrozumienia, że nic innego nie ma na tym świecie… Nie oczekuj zbyt wiele, berbeciu, bo w tej rzeczywistości rządzi władza i pieniądz, a miłość to pusty slogan, dzięki któremu wsuniesz w odpowiednie miejsce nieodpowiedniej osobie i wykonasz swój nadrzędny cel. Tutaj, na tym kochanym padole łez, zawsze istniał tylko ruch posuwisty, wrzask i krew… A jakbyś potrzebował zapewnień o wieczności, masz wachlarz religii i iluzji do wyboru”.

Podziwiaj widoki, rób karierę, walcz z głupotami, ale od reprodukcji nie uciekniesz.

Podźwignął się do pozycji siedzącej i sięgnął po telefon leżący na stole. Dochodziła jedenasta. Nie pamiętał, o której wrócił do mieszkania. Było to na pewno przed ósmą, ponieważ nie słyszał dzieciaków wychodzących do szkoły, a mieszkało ich w bloku sporo. Perełka wracała do domu po czternastej. Miał więc czas, by przygotować obiad i posiedzieć nad pisaniną. Wieczorem przychodzili znajomi, na seans filmowy. Pewnie wypiją po kilka drinków, zapalą ziółko i obejrzą horror z lat osiemdziesiątych. Nic nadzwyczajnego, ot kolejny weekend z ociężałą od używek głową. Kompas już nie mógł się doczekać sobotniego i niedzielnego poranka, kiedy to wbrew każdej komórce ciała zasiądzie do pracy i zacznie udawać pisarza – wyciskał będzie, jak dziesiątki razy wcześniej, jedno zdanie na piętnaście minut. Dopiero około wtorku jeszcze raz przejrzy wyszarpane z głowy strony i połowę skasuje, ponieważ nie będą trzymać wymaganego poziomu. W przeszłości obiecywał sobie, że odpuści wszelkie używki: „Przestanę nawet pić Yerbę!” – mawiał. Niestety zaledwie po miesiącu wrócił do starych nawyków. Bynajmniej nie z powodu fizycznego uzależnienia, lecz nudy; gdy nie pił i nie palił przez weekend, pisanie szło zbyt łatwo. Słowa wylewały się z jego głowy. Nie czuł ich wagi. Potrzebował pewnej odmiany samo tortury do tworzenia.

Podążam boso po ścieżce literatury, którą pokrywa zbite szkło! – krzyknął i ryknął śmiechem. Kiedyś byłby zażenowany takim zachowaniem; kiedyś traktował się bardzo poważnie. Był w końcu Panem Pisarzem! Potrzebował czasu, by zrozumieć, że wszystko dookoła, to czarna komedia, którą kończy kwatera na cmentarzu. Świadomość nieistotności pozwoliła Cyprianowi cieszyć się życiem i – jakby to powiedziało jego nastoletnie Ja: „Wrzucić na luz”. – Czas wziąć się do roboty.

Ruszył do łazienki, by zmyć z siebie pot i resztki snu. Następnie na oścież otworzył okno w dużym pokoju, gdzie odsypiał spędzoną przed komputerem noc i poszedł do kuchni. Tam stawił czoła największemu wyzwaniu; było nim wybranie dania na obiad. Samo gotowanie Cyprian bardzo lubił, lecz rzadko kiedy lekko przychodził mu wybór potrawy. Nie wiedział, dlaczego tak się dzieje. Paula nie należała do niejadków i bez oporów sprzątała z talerza wszystko, co podsunął jej pod nos. Internet, zamiast wspomóc decyzję, tylko rozszerzał paletę wyboru do takich rozmiarów, iż człowiek w końcu miał ochotę chwycić za telefon i zamówić kebaba.

Dzisiaj Kompas postanowił przygotować łazanki. Decyzję przesądził boczek, którego ważność kończyła się za cztery dni. Robotę zaczął od umycia rąk i wstawienia kapusty do garnka z wodą. Podczas kolejnych czynności nucił pod nosem modlitwę polaka z jednego ze swoich ukochanych filmów:

– „Gdy wieczorne zgasną zorze, zanim głowę do snu złożę, modlitwę moją zanoszę Bogu Ojcu i Synowi: Dopierdolcie sąsiadowi! Dla siebie o nic nie wnoszę, tylko mu dosrajcie proszę!” – wypowiedział, szczerząc zęby jak idiota. Nie wiedział, skąd przyszedł dobry humor; nad tym jednym się nie zastanawiał; po prostu czerpał z daru od losu, ile tylko mógł. Między czasie jego dłonie wykonywały znajome czynności; sięgnęły po stolnicę, wyciągnęły z szafki mąkę i nalały wodę do szklanki. Kapusta gotować się będzie około godziny, więc miał sporo czasu na przygotowanie makaronu. Podczas pracy non stop recytował: – „Kto ja jestem? Polak mały, mały zawistny i podły. Jaki znak mój? Krwawe gały. Oto wnoszę swoje modły do Boga, Marii i Syna: Zniszczcie tego skurwysyna. Mego brata, sąsiada, tego wroga, tego gada!”.

Nastrój Cypriana, który sam określił kiedyś, jako pozytywno-groteskowy guz mózgu, utrzymał się do wieczora. Nie zachwiał go nawet przesolony makaron, czy markotna mina Pauli. Dziewczyna wróciła z pracy przybita, ponieważ wybrano ją do podwyżki i awansu. Niektórych pewnie cieszyłoby docenienie przez szefostwo i dodatkowy zastrzyk gotówki. Niestety, jak to w życiu bywa, awans Perełki nie wyglądał tak, jak w filmach zza oceanu. Nie każdy ma odpowiedni charakter, by użerać się z pracownikami, których będzie nadzorował; niektórzy wolą pięćset złotych mniej przy wypłacie, ale święty spokój w pracy. „Wchodzę, robię swoje i wychodzę” – tak Paula traktowała obowiązek ośmiogodzinnej harówki. Nie podchodziła do niego z nadzieją, nie liczyła na cud, a po prostu chciała stabilnego zatrudnienia i żeby każdy się od niej odpierdolił.


*


Może nie będzie tak źle?

Rzadko oglądali telewizję, lecz jako dzieci lat dziewięćdziesiątych, przyzwyczajeni byli do jedzenia przy włączonym telewizorze. Cyprian siedział na kanapie po turecku i wrzucał do ust łazanki. Raz zerkał w stronę ukochanej, która miała posępną minę, lecz również nabijała kluski na widelec i transportowała je do ust, a raz w stronę szklanego cycka; leciały akurat Słodkie lata siedemdziesiąte, gdzie Red Forman kolejny raz groził swojemu synowi, Ericowi, że zasadzi mu kopa w dupę.

Tu nie chodzi o to, jak będzie na nowym stanowisku. Znasz mnie. Wiesz, że chodzę do roboty, bo potrzebujemy dodatkowych pieniędzy. Jednak nic poza tym. Wykonuję swoje obowiązki najlepiej, jak potrafię, bo chcę mieć święty spokój. Nienawidzę napiętych sytuacji i kłótni; dlatego tak odpowiada mi praca w boksie między stosami papierów.

A teraz na siłę wyciągają cię z tego bezpiecznego stosu i stawiają na świeczniku…

No właśnie – westchnęła Perełka, kiwając głową. – Prawie rok zajęło mi przystosowanie się do atmosfery w pracy. Zaakceptowałam większość jej aspektów. Pierwszy raz w życiu wykonywałam zajęcie, które nie kosztowało masy nerwów. No to teraz masz. Pieprzony awans!

Gdyby ktoś z boku usłyszał, że utyskujesz na awans, pewnie byłby nieźle zdziwiony.

Cyprian potrzebował chwili, by zrozumieć, co wypadło z jego ust. Rozszerzył oczy ze zdumienia, przełknął kęs i powoli odwrócił się w stronę Pauli. Ukochana wlepiała w niego piwne oczyska; lekko je nawet przymrużyła, dodatkowo zaciskając usta. Gdyby obserwował ją ktoś postronny, pewnie doszedłby do wniosku, że się zdenerwowała. Kompas jednak wiedział, jaka jest prawda.

Bardzo ładnie wspierasz swoją ukochaną! – powiedziała Perełka, po czym odłożyła talerz i rzuciła się na Cypriana. – Od tej pory będę przezywać cię jak Annie Wilkes Paula Sheldona: „Ty przebrzydłe ptaszysko!”.

Nie wiedzieć kiedy, jedzenie zeszło na drugi plan – nadszedł czas zapasów. Walka płci niczym w mokrym śnie progresywnego aktywisty. Po wejściu w ruch, nic nie mogło jej powstrzymać; wojownicy nie zwracali uwagi na trajkoczący telewizor; nie obchodził ich wyjący na wysokich obrotach samochód, który przejechał gdzieś nieopodal, czy wrzaski obrzucających się śnieżkami dzieciaków. Światło gwiazd przemierzało przestrzeń kosmiczną, kobiety wypychały na świat nowe życie, a grabarze kruszyli maszynami zmarzniętą ziemię, by pochować stare; wszyscy zwracali uwagę na wszystko, lecz nikt tak naprawdę nic nie dostrzegał. Tymczasem Kompas i Perełka od łaskotek przeszli do przytulania, by z przytulania dość szybko przeskoczyć na rozbieranie. Teraz ostatnim, o czym myśleli, było jedzenie, choć towarzyszył im swego rodzaju głód. Tylko w tak dynamicznych i chorobliwie ulotnych chwilach Cyprian – niczym metafizyczny chrząszcz z gatunku kornikowatych – nie drążył fundamentów rzeczywistości. Szczęście polegało na stłumieniu w sobie człowieka i oddania sterów małpie. Dzięki temu, zamiast widzieć rzecz zbudowaną z tkanki gruczołowej, tłuszczowej i łącznej, Kompas dostrzegał jedynie piękną, jędrną pierś ukochanej kobiety. Znali się od szesnastu lat. Dobrze wiedzieli, co drugiemu sprawi przyjemność. Nie mieli przed sobą tajemnic – w łóżku nie znali oporów. Ocierali się o siebie, zostawiali ślady ugryzień, językami pieścili najintymniejsze miejsca i wydłużali rozkosz, dopóki, dopóty nie osiągnęła ona szczytu. Talerz z jedzeniem, którego nie zdołał na stół odłożyć Cyprian, zsunął się z kanapy i spadł na podłogę. Kochankowie nie zwrócili na to uwagi, bo oto nadchodził kulminacyjny moment, podczas którego bezskutecznie będą tłumić wzajemne krzyki.


*


Skończywszy się kochać, Paula poszła wziąć prysznic, Cyprian zaś usiadł przed komputerem i pod wpływem impulsu napisał:


Co zrobić z tym, który nie jest stworzony

do życia, jakiego wymagają od niego

ludzie? Bezużyteczne ręce – bezużyteczne

nogi. Głowa zbyt ciężka od wątpliwości

nie uniesie już żadnej myśli.


Tak po prostu; zwyczajnie patrzą…

Czekają, aż umrzesz. Nie ma innej

drogi dla kaleki istnienia.


Faszerujesz się lekami. Biegasz na terapię.

Nie oczekujesz długiej i szczęśliwej

egzystencji. Ba! Nie łudzisz się nawet

krótkim, wypełnionym rozpaczą, życiem.

Oddychasz tylko dlatego, że musisz.

Nie znalazłeś jeszcze sposobu,

by ostatecznie rozwiązać swój problem.


Nikt nie dba o to, co cenisz w sobie

najbardziej. Nikt nie dostrzega w tobie

bytu indywidualnego. Liczy się tylko

produktywność! Jesteś opluwanym,

pordzewiałym trybikiem – masz pęknięty

rdzeń.


Błagam, umrzyj! Nie marnuj naszego

czasu albo łyknij leki, przyozdób

twarz w grymas imitujący zadowolenie,

i napierdalaj czołem w maszynę!

Bądź złodziejem, gwałcicielem,

czy mordercą, ale nie bądź bezużyteczny!”.


Piekło Boga katolickiego jest niczym

w porównaniu z piekłem Boga

produktywności – jego zajęci od rana

do wieczora akolici wyszarpią

z ciebie każdy, nawet najmniejszy,

okruch żywotności.


Nie kochamy twoich bezużytecznych

dłoni! Nie lubimy twojego bezużytecznego

kutasa, którym nie spłodzisz kolejnych

użytecznych obywateli! Idź precz!

Przepadnij… Przepadnij w niepamięć!”.


Przeczytał spisane słowa i sposępniał. Niemal widział ściekającą między nimi krew. Właśnie spisał ból, którego nigdy do końca nie wypędzi spod czaszki. Nie miał wrogów. Nikogo nie nienawidził. A jednak gdzieś wewnątrz wciąż istniały otwarte rany inkantujące pieśń krzywdy i upokorzenia. Jako jednostka, która od najmłodszych lat miała trudności ze zrozumieniem relacji międzyludzkich i związanych z nimi konwenansów, Cyprian spędził większość życia samotnie. Między innymi dlatego pokochał komiksy i książki. Przez całą podstawówkę dużo rysował; poprzez niezdarnie kreślone linie próbował przekazać rodzinie, co czuję. Niestety nikt nie traktował go poważnie, ponieważ był tylko dzieckiem. Kompas dorastał na wsi, wśród prostych, ciężko pracujących ludzi. Między nimi nie było miejsca na szczerość, miłosne wyznania, czy okazywanie słabości. Ludzie stali za sobą murem, lecz nikt o tym głośno nie rozmawiał.

Gdy dziennikarz pytał o lata podstawówki, czy gimnazjum, które zamierzał nakreślić w swym artykule, Cyprian zwykle odmawiał komentarza, lub kwitował wszystko jednym słowem: „Porażka”. Kto by pomyślał, że wrażliwy, introwertyczny chłopak ze skłonnościami do neurotyzmu nie znajdzie dla siebie miejsca między wychowanymi w polu dziećmi rolników? Nauczycieli również mało interesowała kreatywność dziwaka o nazwisku Kompas; nie obchodziły ich jego opowiadania i rysunki; mogły być one najlepsze na świecie (niektóre były naprawdę niezłe), lecz dorosły, który przyszedł odbębnić program nauczania, nie zamierza poświęcać im czasu. Owocowało to do niskimi ocenami i napięciami w domu. Cyprian nigdy nie zapomni wrzasków ojca i pasywno-agresywnych zagrywek ze strony matki. Nie ma do nich pretensji, lecz często grzebie we własnej głowie, a co za tym idzie – przypomina sobie ze szczegółami wydarzenia z przeszłości.

Dwadzieścia lat gromadziłem ból nieprzystosowania i samotności tylko po to, by teraz go opisywać. Zarabiam na przetworzonym ludzkim skurwysyństwie.

I jesteś w tym dobry.

Obrócił się na krześle. Spostrzegł Paulę. Perełka stała w progu. Nago. Mokre włosy opadały jej na ramiona. Świtało umierającego dnia nieśmiało pełgało na skórze.

Chodź pod prysznic. Na pewno zmarzłeś rankiem na tym dachu.

Po spisaniu wiersza i posypaniu starych ran solą, Cyprian nie miał ochoty na seks. Jednak bliskość ukochanej – skrycie się przed cierpieniem w jej ramionach było już zupełnie czymś innym.

Już do ciebie idę, kochanie. Tylko zapiszę plik i wyłączę komputer.

Tak naprawdę mógł to zrobić później, lecz chciał zyskać minutę lub dwie, by odrobinę ochłonąć. „Czy przetrwałbym dzieciństwo, gdybym nie poznał Irka? Nierozumiany w domu i w szkole, wyrzucony poza system i czas chłopiec; żaróweczka, od której wymaga się stabilnego i jasnego światła. Tymczasem ona ledwo rozgania mrok… Jeszcze śmie być z tego dumna! Ile czasu zajęłoby tak młodym, jak i starym, by doprowadzić do pęknięcia? Z jaką typową dla ludzi rozkoszą miażdżyliby pod butami moją świadomość, popychając do samobójstwa? Kilka razy czułem oddech śmierci na karku… I jestem pewny, że w razie potrzeby zrobiłby to, co trzeba; tchórz rozkochany w śmierci – nic mnie od niej nie odwlecze”.

Z łazienki dobiegł szum płynącej wody. Kompas uśpił komputer i ruszył do drzwi. W duchu dziękował bogom za to, że miał Irka i ma Paulę; mimo nasilającej się z biegiem lat mizantropii wiedział, że bez ludzi szanse na przetrwanie maleją drastycznie.


*


Stali przytuleni do siebie. Po ich nagich ciałach spływała woda. Obłoki pary unosiły się w powietrze – osiadały na powierzchni lustra i meblach. Z radia, przerywany trzaskami, sączył się nowy korporacyjny produkt, przez niektórych nazywany piosenką, lub nawet przebojem. Coś o kręceniu tyłkiem w nocnym klubie i szybkim seksie w ubikacji. W sumie nic nowego; ot romantyzm postmodernistycznego, progresywnego społeczeństwa. Cyprian wpadł w trans przypominający medytację; pomogła mu w tym gorąca woda i bicie serca Pauli. Poczucie bezpieczeństwa wpływało nawet na podświadomość – tę wredną, niewdzięczną sukę, z którą męczy się ludzka populacja. Kompas czuł błogość na każdym wewnętrznym poziomie.

Musimy ogarnąć chatę. Pamiętasz, że wieczorem przychodzi Robert i Anka?

Podniósł dłoń i zaczął gładzić sutka ukochanej. Nie zastanawiał nad tym, co robi. Po prostu działał. Tak samo, jak jego penis, który twardniał, z każdą chwilą.

Zdążmy. W najgorszym razie powiem, że rozrzuciłaś łazanki po podłodze, bo nie puścili nowego odcinka twojej ulubionej telenoweli.

Dłoń Perełki przejechała mu najpierw po udzie, a następne zacisnęła się na jądrach. Kompas wciągnął powietrze, następnie mocniej zacisnął kciuk i palec wskazujący na sutku dziewczyny.

Chcesz zobaczyć, kto dłużej wytrzyma?

Wiedział, że nie ma szans, więc, zamiast odpowiedzieć, na oślep odnalazł usta ukochanej i się w nie wpił, jakby robił to pierwszy raz od lat. Napisane wcześniej słowa i związane z przeszłością punkty bólu robiły to, co zawsze – najpierw traciły moc, a później blakły; wracały do swych nor, by wystawić łeb w najgorszym możliwym momencie.

Kocham cię, Perełko. I kocham cię kochać.

Najdroższy – wyszeptała w odpowiedzi Paula, po czym wprowadziła go w siebie, by kolejny raz, dzięki zwierzęcości, odsunąć wątpliwości, strach, a nawet samą śmierć.


*


Plany na wieczór trafił szlag. Znajomi, którzy mieli wpaść do Kompasa i Perełki na seans filmowy, pokłócili się. Robert wyjechał z Perun, by „sobie wszystko przemyśleć”, jak powiedział Cyprianowi przez telefon, a Ania wpadła do ich mieszkania ze łzami spływającymi po policzkach, złapała za łopatę i zaczęła przerzucać ból emocjonalny na Paulę; Perełka siedziała z dłońmi na podołku, kiwała głową niczym zabawka samochodowa (pociągając od czasu do czasu wino z lampki) i wpatrywała się w koleżankę. Nie było tu miejsca dla osoby trzeciej i Kompas dobrze o tym wiedział. Dlatego najpierw poszedł do swojego pokoju, by postukać w klawisze komputera i spłodzić kolejne kilka tysięcy słów nowej książki, a następnie zarzucił kurtkę na ramiona i ruszył do drzwi.

Cyprian? Wychodzisz?

Odwrócił się i spostrzegł Perełkę, która akurat zamykała za sobą drzwi do dużego pokoju, skąd dobiegały pochlipywania Ani.

Mhm, idę na spacer i może małe piwo. Nie wiem dlaczego, ale coś nie mogę usiedzieć dzisiaj na tyłku.

Czyżbyś znowu myślał o Irku? – Perełka oparła się o ścianę, założyła ręce i przechyliła głowę, co jednoznacznie świadczyło, iż nie zamierza łatwo odpuścić. – Wiesz, że po alkoholu wpadasz w okropne doły emocjonalne?

Wiem, mamo. Nie zamierzam wlać w siebie ośmiu browarów i jutro zdychać przez cały dzień. Nie wiem nawet, czy w ogóle wejdę do baru. Po prostu czuję, że muszę stąd wyjść i gdzieś się ruszyć. Nic nie pomaga tak, jak spacer.

Wiem, misiu. Po prostu wychodzisz w ciemność, mróz i mgłę, żeby szwendać się bez celu… Do tego w sobotę, gdzie po mieście krążą grupy napranych alkoholem i narkotykami gówniarzy, którzy chętnie obiją komuś gębę. Proszę, uważaj na siebie.

Oczywiście, że będę na siebie uważał. Zawsze uważam i zawsze z tyłu głowy mam obietnicę, którą ci złożyłem. Nie musisz zaprzątać sobie mną głowy; zwłaszcza teraz, gdy Ania cię tak bardzo potrzebuje.

Och, chętnie bym przestała się martwić – stwierdziła Paula, lekko się uśmiechając. – Niestety szaleję za tobą, dlatego to niemożliwe. Poza tym nie odpowiedziałeś mi na pytanie.

Chodzi ci o…

Wiesz, o kogo mi chodzi. Nie wal głupa, Panie Pisarzu!

Paula? Możesz tu przyjść? – Głos dobiegł z pokoju. Najwyraźniej Anie nachodził kolejny kryzys i potrzebowała pomocy przyjaciółki.

Porozmawiamy o Irku innym razem. Idź do niej i powtarzam jeszcze raz: Nie martw się o mnie, bo wychodzę tylko na spacer, a nie po to, by podciąć sobie żyły i wskoczyć do jeziora.

Żart najwyraźniej średnio zadziałał, ponieważ Perełka tylko pokręciła głową, pocałowała Kompasa na pożegnanie i zniknęła za drzwiami pokoju.


*


Wyskoczył z klatki schodowej wprost w skostniałe od mrozu powietrze. Mleczna zawiesina ograniczała widoczność do metra. Z nieba płynęły płatki śniegu. Było ich niewiele. Nagle cisze zakłóciły podniesione głosy i śmiechy. Z powodu ciemności i kiepskiej pogody Cyprian nie mógł określić, z którego kierunku napłynęły. Postawił więc kołnierz płaszcza, mocniej nasunął czapkę na głowę i ruszył chodnikiem. Światła lamp odcinały na ziemi jego sylwetkę – tworzyły imitujący ruchy cień; jedynego przyjaciela pozostającego z człowiekiem nawet wtedy, gdy zaczyna gnić.

Pierwsze piętnaście minut przypominało przemarsz przez Antarktydę; mróz z łatwością przenikał przez warty odzieży. W gardło wgryzała się mieszanka spalin i dymu z kominów. W takich chwilach Cyprian myślał o niemieckich żołnierzach, którzy podczas drugiej wojny światowej walczyli i ginęli na Syberii: „Najedzony i wypoczęty wyszedłem z domu, by pospacerować i wypić piwo. Nie mam źle. Nie powinienem narzekać. Zwłaszcza gdy pomyślę o wojnie i zmarłych w tragicznie ludziach. Nie zamierzam oceniać stron, wskazywać palcem dobrych i złych, czy analizować tematu pod kątem polityki. Po prostu szkoda mi młodych chłopaków, którzy zamarzali na śmierć, ponieważ nie posiadali odpowiedniego sprzętu, by sprostać panującym na Syberii skrajnym warunkom pogodowym i zostali omotani przez faszystowską propagandę. Nie dość, że w każdej chwili możesz dostać kulę w łeb od rosyjskiego snajpera, to jeszcze przeszukujesz śnieg w poszukiwaniu zwłok, by zedrzeć z nich dodatkowe warstwy odzieży. Nie przeszkadza ci już nawet głód. Chcesz tylko ciepła; za odrobinę pieprzonego ciepła oddałbyś dusze diabłu”.

Ego utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem taki cholernie ważny – rzekł, puszczając w niebo kłęby pary. Dotarł właśnie do skrzyżowania. Czekał, aż światło przeskoczy z czerwonego na zielone. Co prawda mógłby przejść przez pasy i bez tego, ponieważ nie krążyły żadne samochody, ale obiecał Perełce, że będzie uważał; poza tym nigdzie mu się nie śpieszyło. – Niemal każdy wmontowaną ma blokadę, która bez względu na okoliczności utwierdzać go będzie, że jest jedyny w swoim rodzaju; że jest niepowtarzalny i powinien dążyć do realizacji marzeń, bo na tym to wszystko polega. Niech mnie chuj jasny strzeli! Co za zgrabnie utkana iluzja! Ciekawe, ilu żołnierzy walczących w konfliktach świata przez ostatnie tysiąc lat posiadało przekonanie o własnej wyjątkowości tylko po to, by umrzeć w pierwszych dniach wojny? Dlaczego potrafimy postawić sobie cel i codziennie z mozołem do niego dążyć, lecz nie potrafimy dostrzec, jak bardzo kruche jest nasze ciało i jak bardzo niedorzeczne wszelkie marzenia? Czyżbyśmy mieli odwagę by myślą i słowem mordować bliźniego, który nam zawinił, lecz w obliczu faktów tchórzymy, uciekając w objęcia religii, siły pozytywnego myślenia, czy szukamy pocieszenia w nauce?

Dotarłszy na drugą stronę drogi, skręcił w otoczoną bezlistnym żywopłotem ścieżkę, która po dwustu metrach skręcała w lewo i biegła obok kościoła Matki Bożej Nieustającej pomocy. Kościół, pierwotnie ewangelicki, wzniesiono w miejscu dawnego klasztoru sióstr Magdalenek. Budowla w stylu gotyckim płynęła przez kolejną noc otoczona wiązkami światła padającym z reflektorów. Cyprian przystanął i zapatrzył się w witraże; wyobraził sobie, jak przez nie przenika i zasiada w jednej z ławek. Obserwuje go ciemność, martwe oczy rzeźb, oblicza świętych z obrazów i Wieczna lampa płonąca przy tabernakulum. Nagle pomyślał: „O ile mnie pamięć nie myli, kościół ten powstał ponad trzysta lat temu. W takim razie gdzie podziały się wszystkie modlitwy słane przez wiernych do Boga? Czy nie potworna jest myśl, że cały ten wysiłek – wszystkie zdrowaśki, różańce i drogi krzyżowe odprawiane były bez sensu, ponieważ po drugiej stronie nie ma nikogo? Ponieważ nikt nigdy nie słuchał, a ludzie zanurkują nawet w szambie, by nadać życiu sens? Wszystkie te mordy na niewiernych; wszyscy umierający za wiarę w męczarniach święci; tysiące lat postów, pokut, świąt i zdradzania księżom najskrytszych tajemnic podczas spowiedzi z powodu strachu przed gniciem i nicością… Dlaczego odnoszę wrażenie, że jedynie istnienie Boga mogłoby usprawiedliwić bestialskość i głupotę ludzkości? Absurd goni absurd. Wszystkie one po kolei uderzają w moją świadomość; próbują wyszarpać resztki tolerancji dla tego świata. Niesamowita jest determinacja fabrycznie wmontowanej autodestrukcji”.


*


Poproszę cztery piwa.

Stał przy ladzie. Jego oczy, po długim przebywaniu w ciemności, próbowały przystosować się ostrego światła rzucanego przez wmontowane w sufit halogeny. Monopolowy wypełniał smród etanolu. Cyprian, który lata wcześniej, co weekend topił melancholię w sporych ilościach wódki, od razu rozpoznawał jej zapach.

Jakie?

Tyskie albo Okocim.

Butelka, czy puszka? – zapytała brunetka. Miała najwyżej metr pięćdziesiąt. Związane w koński ogon włosy opadały jej niżej półdupków.

Puszka.

W puszce mam tylko Tyskie.

Nie szkodzi.

Przepraszam za zapach. Byli tu wcześniej tacy faceci… Kupili zero siedem Parkowej, choć nie potrafili nawet w rękach jej utrzymać. – Ekspedientka z szybkością karabinu nabiła produkt na kasę, po czym jednym sprawnym ruchem oderwała paragon i postawiła go na czteropaku. Następnie zadarła głowę i wbiła oczy w Cypriana. Na twarzy błąkał jej się uśmiech. – Uwielbiam sobotnie wieczory. Że też ludziom chce się pić nawet w takie zimno!

Akurat alkohol to się niektórym chce pić zawsze i wszędzie. Coś o tym wiem. Mogę prosić zrywkę? Zapomniałem, że nie wziąłem z domu plecaka. Nie chce mi się upychać puszek po kieszeniach.

Jasne. – Dziewczyna wyciągnęła spod lady zrywkę z napisem: „Dbajmy o środowisko”. Tuż pod nim widniał obrazek kuli ziemskiej otoczony przez trzymające się za ręce postacie. – Wiem pan, też lubię piwko ze znajomymi, czy drinka na dyskotece, ale żeby upijać się do odmóżdżenia i krążyć po mrozie z plamą między nogami? Żałosne!

Zgadzam się. Ale na to nic nie poradzimy, prawda?

Kompas zgarnął artykuły do zrywki, podziękował i wyszedł na zewnątrz. Spojrzał najpierw w prawo, gdzie ulicę, niczym kamień nurt rzeki, na dwoje rozdzielał budynek starego teatru, a następnie w lewo; szczyt wzniesienia tonął w ciemności i mgle. Nie widać było drzew parku, czy płomieni z koksowników. Powietrze przecinały jedynie śmiechy i wrzaski zgromadzonych tam ludzi. Cyprian miał zamiar wrócić do mieszkania, zamknąć się w pokoju i popracować nad tekstem. Rzadko łączył pracę z piciem alkoholu. Mimo że kochał Bukowskiego i jego twórczość, nie rozumiał, jakim cudem można sensownie tworzyć na rauszu. Kilka razy tego spróbował i nie zyskał nic, tylko kaca i kilkanaście akapitów bełkotu, który natychmiast skasował.

Buk miał lata treningu. W jego oczach byłbym tylko pijakiem amatorem piszącym o bzdurach – wyszeptał, chichrając się pod nosem jak małe dziecko. – A najśmieszniejsze jest, że miałby rację!

Wszedłszy między bezlistne gałęzie drzew, gdzie nie docierał blask latarni, Cyprian wyciągnął piwo i pociągnął zawleczkę. Piana spłynęła mu na dłoń. Nim wziął pierwszego łyka, przypomniał sobie historię dotyczącą bakterii Leptospiry, szczurzego moczu i rzekomego zgonu kilku osób z powodu zakażenia. „Umrzeć z powodu osikanej puszki – pomyślał, szczerząc zęby. Tak jak wcześniej tego dnia, nie wiedział, skąd przybył dobry nastrój; po prostu się nim cieszył. – Już widzę, jak wyglądałaby moja stronka na Wikipedii: „Zdołowany życiem pisarzyna; przebrzydły pesymista, antynatalista i mizantrop dostał to, na co zasłużył. Dnia tego i tego wypił piwo pokryte szczurzym moczem. Na drugi dzień dostał wysokiej gorączki, zapadł w śpiączkę i zmarł: Jednego grafomana mniej!”. Chętnie bym komuś zapłacił, by mnie tak opisał. Sprzedaż książek poszybowałaby pod niebiosa!

Wlał w siebie pół puszki Okocima i ruszył w głąb parku. Planty, bo tak nazywano tę część Perun, powstały w drugiej połowie dziewiętnastego wieku w miejscu częściowo zlikwidowanych fortyfikacji miejskich. Zwykle przychodzili tutaj studenci, by osuszyć flaszkę przed wycieczką po klubach, czy biedniejsi mieszkańcy Miasta Mgły, których po prostu nie stać było na płacenie trzynastu złotych za kufel piwa w barze. Cyprian uwielbiał Planty z powodu klimatu; nieczynne fontanny, wyszczerbione, pokryte graffiti, pomniki sprzed drugiej wojny światowej. Do tego płaczące wierzby, wybujałe krzewy, o które nikt nie dba i koksowniki; zdobione, stalowe kosze i zgromadzeni wokół nich ludzie. Nigdzie indziej tak łatwo nie można było dostać w pysk, jak grzejąc się w środku nocy przy jednym z nich. Ryzyko niosło ze sobą nagrodę; Cyprian poznał wielu ciekawych ludzi podczas swoich nocnych wycieczek. Bezdomni, pijacy, kurwy i ćpuny; menażeria z samego dna kapitalistycznej piramidy przyjmowała go jak swojego. Ci ludzie mieli wiele wad, lecz przeciwwagę stanowiła szczerość. Oni nie owijali w bawełnę, nie zakładali maski, by przeżyć kolejny dzień w korporacyjnym piekiełku; nie wrzucali zdjęć na Instagram i w dupie mieli, co kto o nich myśli. Oczywiście cierpieli. W większości przypadków gromadzili się przy koksownikach z przymusu, a nie kaprysu… Nie zmieniało to jednak faktu, iż Kompasowi byli bliscy. Dlatego, co drugi weekend, pomagał w schronisku dla bezdomnych; dlatego w święta wraz z innymi wolontariuszami przygotowywał paczki dla potrzebujących rodzin. Mimo iż uważał życie za absurd, wrodzona empatia nie pozwalała mu przejść obojętnie obok cierpiącej osoby. Często też przypominał sobie fragment, który przeczytał w młodości: „Sokrates w przeddzień swojej śmierci uczył się na flecie jakiejś melodii. „Do czego ci się ona przyda?”, zapytał ktoś. – Chcę ją poznać zanim umrę”.

By ruszyć choćby palcem, potrzeba iluzji – powiedział, zadzierając głowę w poszukiwaniu gwiazd. Niestety na niebie niedostrzegalna była nawet tarcza księżyca. – Ech… Jebać to. Nie wiem nawet, kim tak naprawdę jestem.

Zdobył lekkie wzniesienie i spostrzegł rozstawione wokół fontanny koksowniki; gromadziło się przy nich jakieś sześćdziesiąt osób. Cyprian podejrzewał, że Paula nie byłaby zadowolona, gdyby wiedziała, gdzie go nogi poniosły, lecz nie mógł tak po wrócić do domu. „Czyżbym od początku wiedział, gdzie zmierzam? – pomyślał, omijając stertę porąbanych na kawałki palet. – Ciekawe, z czyjego podwórka zniknęły… Nie wiem dlaczego, ale odnoszę wrażenie, że nie wrócę szybko do domu i nie poprzestanę tylko na czterech piwach”.

Przebył ostatnie metry. Wbił się między ludzi. Tłum wypełniali przede wszystkim starsi mieszkańcy Perun, choć nie brakowało też nastolatków i dwudziestolatków. Koło jednego z koksowników ustawiono nawet kamienną ławkę, którą „bliżej nieznani sprawcy”, jak powiedziałaby pani czytająca z promptera, oderwali od ziemi i przetransportował kilkadziesiąt metrów w głąb parku.

– …eszcze raz – powiedział pijanym głosem jeden łebek do drugiego. Siedzieli na brzegu fontanny z telefonami w dłoniach i szczerzyli pokryte aparatami ortodontycznymi zęby. Mieli na sobie obcisłe spodnie w ciemniejszych tonach i identyczne bluzy koloru limonki.

Cyprian usłyszał tylko końcówkę wypowiedzi, lecz domyślił się, że jeden prosi drugiego, by coś powtórzył. Chłopak po lewej zerka w telefon i łamaną angielszczyzną czyta:

– „Dark humor is like a dead baby, it never gets old”.

Zaczynają się śmiać, po czym wbijają wzrok w Kompasa, jakby sprawdzali, czy zrozumiał. Ich usta wykrzywia uśmieszek pod tytułem: „Nie widziałeś tego, co my. Nie masz o niczym pojęcia”. Nie winił ich za to. Był na tyle młody, że pamiętał swoje nastoletnie czasy – swoje najgorsze czasy. Jeszcze nim połknęły go wody melancholii, stanowił uosobienie głupoty i naiwności. Pakował się w kłopoty, raz nawet powtarzał klasę, tygodnie spędzał na wagarach z winem w dłoni i otaczał się najgorszym sortem ludzi, jaki tylko może mieć nastolatek. Wejście na ścieżkę „rozwydrzonego skurwysyna”, jak nazywał go w tamtym czasie ojciec, nastąpiło ze splotu dwóch wydarzeń. Pierwszym (i zarazem najważniejszym) był wyjazd Irka; najlepszy i jedyny przyjaciel Cypriana przeprowadzał się w Bieszczady. Strach przed samotnością niemal odbierał zmysły Kompasa. Potrzebował lat, by zrozumieć, że młody człowiek musi wylać sporo łez, nim nauczy się łagodzić cierpienie. Drugim wydarzeniem, które zepchnęło go w stronę używek, zaniedbywania szkoły i wandalizmu były kłopoty w domu. Pokrótce: Toksyczna matka dręczyła ojca, a ojciec choleryk wyżywał się na dziecku; wrażliwym, zamkniętym w sobie, dziecku, które przechodziło poważny kryzys z powodu utraty bliskiej osoby. Napięcie wewnętrzne implodowało; doprowadziło do wydarzeń, których Cyprian nigdy nie zapomni. Są one jego brzemieniem; kolejnym punktem bólu.

Nie dałby rady zliczyć swych upokorzeń.

Stary, wszystko z dobą okey? – zapytał chłopiec po prawej. Jego uśmiech lekko zbladł, jakby chłopak podejrzewał, że trafili na świra i wolał zachować ostrożność.

Nah, man. I'm pretty fucking far from OK.

Młodzi spojrzeli po sobie. Wyglądali na totalnie zmieszanych.

Marsellus Wallace? Pulp Fiction? Jezu, naprawdę nie kojarzycie tego tekstu z filmu Tarantino!?

Pokręcili głowami i zaczęli stukać palcami po ekranach telefonów. „Czyżby wklepywali nazwę filmu, żeby sprawdzić, o co mi chodzi? Może po prostu mają w dupie dziwnego trzydziestolatka? Ja w ich wieku pewnie miałbym…”. Ostatnie zdanie w dziwny sposób poprawiło mu nastrój. Nie czekał, aż chłopaki oderwą wzrok od telefonów – ruszył dalej wąskim tunelem złożonym z ludzkich ciał.


*


Panie autorze! Przysiądzie się pan do nas?

Słysząc, iż ktoś nazywa go autorem, Cyprian poczuł przebiegający po plecach dreszcz. Jeszcze osiem lat temu, gdy zaczęto drukować pierwsze jego opowiadania, dałby sobie palca uciąć, byle tylko ktoś chciał słuchać o „procesie budowania historii“, czy „spędzonych przed komputerem tysiącach godzin ćwiczeń”. Wtedy nawet nie brał pod uwagę wydania książki, czy zbioru opowiadań. Musiały minąć lata, by zrozumiał, że tak naprawdę nic z tego nie ma znaczenia. Jeżeli potrafisz pisać interesująco; jeżeli dodatkowo zdołasz się z tego utrzymać, popłacz sobie ze szczęścia, a potem wracaj do roboty. Rzesze fanów, czy listy od świrów, które Cyprian – rzadko, bo rzadko, ale jednak – dostawał, nie zmieniają nic; przechwałki, wystąpienia publiczne, czy ględzenie o tym, ile słów dziennie należy pisać i czytać, by osiągnąć równie zaawansowany poziom, co Wielki Pan Autor (czyli ty!), nie mają znaczenia. Kiedyś Kompas, jak przystało na samotnika, łudził się, że poprzez pisanie zjedna sobie ludzi – że pozna podobnych sobie i zbuduje taką relację, jaka łączyła go z Irkiem. Niestety typowo ludzkie szukanie schematów kolejny raz go zawiodło, ponieważ każdy inaczej odbiera twór literacki. Poza tym jego pełni goryczy i smutku bohaterowie ocierający się o Werteryzm przemawiali też do ludzi poważnie zaburzonych; czasem nawet groźnych. Wystarczy podać jeden przykład, gdy facet w średnim wieku, który w ogóle nie radził sobie z życiem, postanowił umrzeć, jak jedna z postaci książki Cypriana. Wlazł więc do wanny i podciął sobie nadgarstki. Znalazła go młodsza siostra. Tragedią rodzina obarczyła oczywiście Kompasa. Nie miał do nich pretensji. W końcu historia pokazuje, jak naturalne jest w chwilach tragicznych zrzucanie winy na kogoś postronnego.

Przepraszam? – zapytał i spojrzał przez prawe ramie. Zbliżał się do niego wysoki, szczupły facet z dużym nosem i sińcami pod oczami. – Chyba mnie pan z kimś pomylił.

Pomylić to ja mogę skarpetki z rana, ale nie twarz wybitnego polskiego pisarza!

Czy on, kurwa, powiedział, że jestem wybitnym polskim pisarzem? Wpadałem jak śliwka w gówno!”.

Mogę się z panem napić, ale pod jednym warunkiem: Żadnych więcej komplementów. Nawet jeżeli pan naprawdę ceni moje książki, dobrze?

Facet przestąpił ostatnie metry i stanął bliżej koksownika. Płomienie pełgały na jego pociągłej twarzy. Nawet w tak kiepskim oświetleniu widać było, jaka jest blada. Szyję nieznajomego znaczyły czerwone wybroczyny wyglądem przypominające naczyniaki.

Jaki skromny! Nie ma problemu: Nikt nie będzie panu kadził. Poza tym siedzimy tylko we dwóch. Chętnie porozmawiamy z kimś interesującym.

Nie mogę zagwarantować ciekawej wymiany zdań; jestem raczej nudziarzem. Ale chętnie wypiję z wami kilka piw.

No! Bardzo ładnie! – Szczupły uśmiechnął się, ukazując złoty ząb i ruszył przez tłum w stronę swego kumpla.


*


Niech mnie! Miałeś rację: Faktycznie na fontannę przywiało samego Cypriana Kompasa! – Słowa wypowiadał niski, ubrany w poszarpane ciuchy facet. Był około sześćdziesiątki. Na klatkę piersiową opadała mu poprzetykana pasemkami siwizny broda. W kąciku ust żarzył się papieros. – Witam szanownego intelektualistę!

Dziękuję za miłe słowa, ale…

Nim zdołał dokończyć, wtrącił się facet, z którym rozmawiał wcześniej:

Uspokój się Przemek. Pan nie lubi pochlebstw. Traktuj go jak każdego innego faceta. – Po tych słowach odwrócił się w stronę Cypriana i wyciągnął dłoń. – Jestem Sylwester Cichowski. A to mój przyjaciel Przemek Motyka.

Witam. – Podał dłoń obu mężczyznom, po czym usiadł na murku i sięgnął do zrywki po piwo. – Ładne panowie miejsce znaleźli. Niby w tłumie, a jednak trochę na uboczu. Nawet czuć ciepło bijące od koksowników.

Idealne proporcje, gdyby zaczęła się zadyma – powiedzieli niemal jednocześnie przyjaciele i wyszczerzyli do siebie zęby.

Miało mnie tu dzisiaj nie być, ale dziewczyna pociesza koleżankę, która boryka się z kłopotami sercowymi… Wyszedłem więc na piwo. Miałoby być jedno; z jednego zrobiły się cztery.

A noc jeszcze młoda. – Skinął głową niski i szarpnął się za brodę. – Czasem tak jest, że człowiek otwiera na drugi dzień oczy, łeb mu pęka, a rzygi niemal tryskają z ust. Wtedy zadaje sobie pytanie, jak do tego doszło i zarzeka się, że nigdy już nie będzie pił.

Często pan przychodzi na fontanny?

Cyprian spojrzał w stronę Chudego Sylwestra, jak mimowolnie zaczął nazywać go w myślach, i podjął:

Przez pierwsze lata po przyjedzie do Perun, przychodziłem tu niemal co weekend. Jednak teraz nie piję już tak dużo. Nie mam do tego zdrowia. Bez alkoholu nocne wycieczki nie są tak interesujące.

Słowa samego Samotnika z Perun!

Naprawdę ktoś mnie tak nazywa? Ja pierdolę. Jest gorzej, niż myślałem.

Przemysław Motyka o aparycji krasnoluda z książek Sapkowskiego odchylił głowę i ryknął śmiechem. Cyprian zauważył, że brakuje mu większości zębów.

Nie wiedziałem, że pisarze mają tak wrażliwe ego. Ponoć artysta musi być kurwą; musi się sprzedawać, by żyć… Nie będziemy ci z Sylwestrem kadzić. W porządku. Ale faktem jest, że piszesz ciekawie i (że tak powiem) nie pierdolisz się w tańcu. Cechuję cię szczerość i spostrzegawczość. Nieważne, że zalatuje pretensjonalnością i bywa poruszana ta sama tematyka, co w tysiącach innych książek. Ważne, że tworzysz to, co lubisz i możesz z tego wyżyć!

Doceniam szczerość. – Kompas łyknął piwa i przemyślał zasłyszane słowa. – Jedyne, co mogę dodać, to to, że pretensjonalność moich tekstów wynika właśnie z tego, że nie jestem przenikliwy. Męczą mnie sprawy oczywiste i trywialne: ból istnienia, powtarzalność egzystencji i ludzka krwiożerczość. Reszta to tylko zaburzenia emocjonalne ubrane w warsztat pisarski. To cud, że ktoś czyta te wypociny; nawet uważa je za interesujące!

Przyjaciele spojrzeli po sobie. Na ich twarzach zdziwienie mieszało się z rozbawieniem. Niespełna dwa metry dalej stał wózek sklepowy wypełniony książkami. Cyprian wstał i sięgnął po pierwszą lepszą z brzegu. Światło z koksowników przysłoniła akurat grupa ludzi, więc wyciągnął telefon, włączył latarkę i przeczytał:

– „Franz Kafka: Wybór prozy”. Skąd macie te książki?

Od czasu przejścia na emeryturę, nie mam za wiele do roboty. Musiałem sobie znaleźć zajęcie; inaczej chyba bym ocipiał. Nie rozumiem, jak ludzie mogą całymi dniami przesiadywać w domu – stwierdził Przemek, wypuszczając dym nosem i jednocześnie miażdżąc niedopałek czubkiem buta. – Jednym z zajęć, którym wypełniam nieznośnie wlokącą się – w tym momencie palcami zrobił cudzysłów – „jesień życia”, jest patrolowanie bazarków w poszukiwaniu książek. Nauczyłem się czytać w wieku trzech lat. Ojciec pracował jako tłumacz, dlatego często miałem dostęp do najlepszych zagranicznych tytułów. Miłość do staruszka i literatury to dwie rzeczy, które zostaną ze mną do ostatniego dnia. Tego jest pewny.

Imponujące. Osobiście mam niewiele książek, ponieważ mieszkam w bloku. Dwa pokoje nie dają dużego pola manewru.

O ile dobrze rozumiem, pisanie to piekielnie trudna rzecz. Tak przynajmniej mówi Przemek. – Sylwester sięgnął za pazuchę i wyciągnął flaszkę wina. Szybko uporał się z zakrętką i przechylił głowę z butelką przytkniętą do ust. Cyprian zauważył, że grdykę ma równie wielką, co nos.

Bo tak jest. – Potwierdził Krasnolud, po czym odebrał butelkę od przyjaciela. – Przez lata prowadziłem pamiętnik. Napisałem też kilka opowiadań erotycznych. Dzięki temu zrozumiałem, ile potrzeba pracy, by dokończyć jeden krótki tekst!

No więc właśnie; skoro pisanie jest tak ciężkie, dlaczego ktoś tak znany, jak Cyprian Kompas, mieszka w dwupokojowym mieszkaniu, a nie willi z basenem?

Przyjaciele wymienili się butelką.

Pytaj jego, nie mnie.

Cyprian przysłuchiwał się rozmowie, lecz tylko niewielką częścią świadomości; większość jego myśli krążyła teraz wokół Pauli. Rozmowa, którą odbyli wcześniej, a która dotyczyła jej niezadowolenia z awansu, skończyła się całkiem miło. Nie rozwiązali jednak tej sprawy, co odrobinę martwiło Kompasa. Nie zwykł szukać problemów na siłę, ale należał do osób rzetelnych i zamierzał dokończyć rozmowę z ukochaną następnego dnia… O ile zachowa rozwagę i nie wleje do żołądka zbyt dużej ilości alkoholu.

W tym temacie mieści się również bycie „artystyczną kurwą”. Książki to taki sam biznes jak każdy inny. Wszystko zależy od produktu i od rynku. Napisz książkę dla dzieci: Zarobisz. Napisz coś o seksie dla spragnionych romansu kobiet w średnim wieku: Też zarobisz. Weź się za tworzenie horrorów, czy dramatów ociekających pesymizmem, a wylądujesz na ulicy i zdechniesz z głodu.

Fiuuuuuuuuu… – Gwizdnął Sylwester. Ku zdziwieniu Cypriana zza pazuchy wyciągnął kolejną flaszkę. – Czyli nie opłaca się pisać?

Lubisz to albo nie. Możesz produkować płytkie gówno i zarabiać miliony. Zwłaszcza w krajach z większym rynkiem. Nie widzę w tym nic złego. Skoro ludziom się podoba, nie mnie to krytykować. Jednakże, gdybym szukał dziedziny, w której zamierzałbym zbić fortunę, omijałbym pisarstwo szerokim łukiem.

Szczery do bólu. To się chwali! – stwierdził Przemek i zarechotał. Następnie wyciągnął z kieszeni reklamówkę i wrzucił do niej pustą butelkę po winie. – A propos: Piszesz też poezję? Bo na pewno żadnej książki poetyckiej nie wydałeś. Miałbym ją.

Wiersze piszę tylko na własny użytek.

Może winka? – Sylwester wciągnął dłoń z nowo otwartą butelką w stronę Kompasa. – Po siarce lepiej będzie recytować.

Recytować? – Cyprian bez namysłu chwycił butelkę i zaczął pić. Dopiero przy piątym łyku zrozumiał, co zrobił i czego odczekuje od niego facet ze złotym zębem. – W sensie mam wyrecytować wiersz? Pan raczy żartować?

Żaden tam pan! Pijemy z jednej centrali, to mówmy sobie po imieniu.

To jak? Zrobisz nam tę przyjemność? Przedstawisz wiersz własnego autorstwa? – zapytał Przemek. Oczy mu lśniły od alkoholu. Usta miał rozszerzone w ledwo widocznym przez brodę uśmiechu. – Nikomu nie powiemy! Zapamiętać, też go nie zapamiętamy. Niczym nie ryzykujesz!

Gdybym był dobry w poezji, na pewno bym to zrobił, ale…

Choć jedną strofę. Byłby to największy zaszczyt, usłyszeć wiersz kogoś, kto z roku na rok buduje sobie miejsce w historii literatury!

Choć każda komórka w ciele Cypriana stawała okoniem, ostatecznie zgodził się przedstawić mężczyznom jeden z wierszy. Miał jednak warunek.

Skoro muszę zepsuć tę piękną noc swoją pseudopoezją, w zamian chcę usłyszeć traumatyczną historię z przeszłości jednego z was. – Kompas powiódł wzrokiem po mężczyznach. Mieli niewesołe miny. Niczego innego się nie spodziewał. W końcu wziął jeszcze jednego łyka, podał butelkę Przemkowi i wstał. –Nie wierzę, że to robię, ale niech będzie. Raz kozie śmierć!

Dopiero po wyprostowaniu kolan zdał sobie sprawę, jak bardzo alkohol uderzył mu do głowy. Świat spłyciał. Gdy poruszył oczami z lewa na prawo, zauważył, że wszystko się rozmywa. Przeciwlękowe działanie etanolu sprawiło, iż wątpliwości zmalały do rozmiaru ziaren piasku. Cyprian wypiął klatkę piersiową, wciągnął powietrze nosem i pewnym głosem wyrecytował:


Szarość. Skąpane w niej miasto.

Kiedy ostatni raz widzieliśmy

słońce? Kiedy ostatni raz dzień

nie witał i nie żegnał nas deszczem?

Miesiąc małych kropel.

Nazwaliśmy tak listopad.

Później nadeszły dwa i trzy.

Napór wody łamie karki

wdów… Szarość wlewa

się do domów; wpełza

do twych ust, gdy śpisz.


Nie stworzysz. Spod twoich

rąk nie wyjdzie. Nadzieja czuwa.

Tym bardziej to straszne.

Nie stworzysz odbicia swego

wnętrza – namiastki wieczności.

Odurzony monotonią idziesz

na dno. Ołowiane buty

przeciętności. Nijakość

wychylona z powierzchni

lustra podszeptuje, że istniał

ktoś o tym imieniu.


Przemek i Sylwester zaczęli klaskać tak głośno, że zwrócili uwagę reszty zgromadzonych. Ludzie przyglądali się Cyprianowi, który stał w blasku płomieni z rozczochranymi włosami i rozpiętymi połami płaszcza. Z nieba nieśpiesznie płynął śnieg.

Nie było tak źle. Faktycznie Emily Dickinson to to, kurwa, nie jest, ale ważne, że podejmujesz ryzyko. – Przemek puścił oko do Kompasa, po czym wytrząsnął z paczki papierosa. – Prędzej czy później stworzysz piękną poetykę. Masz do tego niezbędną wrażliwość.

Dziękuję. Chyba.

Przez następne dwie godziny pili i zdradzali sobie dramatyczne wspomnienia z młodzieńczych lat. Według umowy Cyprian miał tylko słuchać, lecz końcem końców nie wytrzymał i opowiedział nowym znajomym dzień świniobicia. W zamian Przemek Motyka alias Krasnolud streścił nie tyle ciekawą, ile smutną historię ze swojego dzieciństwa.

Dotyczyła ona jego chwiejnie emocjonalnej matki i psa sąsiadów. Dziesięcioletni chłopiec pokochał zwierze, który mieszkający obok wieśniak trzymał na łańcuchu. Dzieciak codziennie zabierał je na spacer, karmił (czasem samemu nie dojadając) i robił zabawki ze starych prześcieradeł, i bębna od piłki. Dawał z siebie wszystko, byle tylko umilić swemu pupilowi żywot i zrekompensować podłe traktowanie sąsiada. Przez dwa lata dobrze się poznali i pokochali. Nawet nienawidzący zwierząt rodzice Przemka dali za wygraną i dokarmiali psiaka resztkami z obiadu.

Niestety nadszedł dzień, gdy pani Motyka dostała kolejnego załamania. W szale wyszperała z głowy wszystkie drobiazgi, jakimi irytował ją sąsiad. Następnie do niego poszła i wyrzuciła z siebie najeżoną przekleństwami wiązankę. Wieśniak zamknął bramę od podwórka, jednak po tygodniu pozwolił chłopcu odwiedzać ukochanego psa. Niestety matka nie zamierzała dopuścić, by jej jedzenie lądowało u kundla „pierdolonego brudasa”; zabroniła więc małemu Motyce się do niego zbliżać. Podobne konflikty zwykle mijają z czasem. Może wystarczyło poczekać dwa tygodnie? Może wystarczyłby miesiąc? Niestety w tym przypadku to nie podziałało… Bowiem wieśniak podszedł do zwierzęcia (wybrał taki moment, by rodzina wraz z Przemkiem była na podwórku i wszystko widziała), szarpnął za obrożę, by odsłonić szyję i poderżnął mu gardło. Cyprian wyobraził sobie tę scenę i wiedział już, o czym napisze następne opowiadanie, lub co (o ile znajdzie się taka możliwość) doda do następnej książki.

Podczas gdy rozmowa mężczyzn (wraz z zapasami alkoholu) dobiegała końca, tłum nie tylko zmalał, ale przemieszał się też wiekowo; teraz przewagę mieli młodsi mieszkańcy Perun. Niektórzy z nich epatowali agresją. Po nerwowym, pełnym tików zachowaniu, nawet porządnie wstawiony Cyprian wiedział, że są pod wpływem alkoholu i stymulantów – legalnych bądź nie. W końcu dopił ostatnie piwo, uderzył się dłońmi po udach i rzekł:

Dochodzi czwarta. Tyłek przymarzł mi do murka. Na mnie już czas.

Napisss sieee z tej klasssy inteligentem, to był zaszczyszszsz – wybełkotał Przemek.

W zupełności, hyk, się zgadzam – dodał Sylwester. Mimo szczupłego ciała najwyraźniej miał głowę do picia, ponieważ, w przeciwieństwie do przyjaciela, nie zdradzał oznak poważnego upojenia alkoholowego. Za to od pół godziny bezskutecznie walczył z czkawką pijacką.

Również było mi miło. Może któregoś razu zawitam jeszcze na Planty. Niech tylko przejdzie ta przeklęta zima, bo nawet koksowniki nie radzą sobie z mrozem. Bywajcie!

Wyrzuciwszy z siebie ostatnie słowo, ruszył wzdłuż fontanny. Miał zamiar przecisnąć się przez tłum i zniknąć w ciemności. Niestety nie zdążył tego zrobić, ponieważ między imprezowiczami wywiązała się walka. Ktoś wpadł na Cypriana. Kompas stracił równowagę i wyrżnął plecami w murek. Nim zdążył wstać, dostał pięścią w czoło. Pociemniało mu przed oczami. Nerwowy głosik podświadomości podpowiadał, by szybko się stąd wyniósł, ponieważ zostanie stratowany. Tłum falował niczym targane wiatrem źdźbła trawy. Trzask płomieni płynący z koksowników zagłuszyły kobiece wrzaski i trzask szkła. W powietrzu latały butelki, kawałki palet i kamienie. Nie wszyscy walczyli; większość po prostu wpadła w panikę – na oślep parła przed siebie z zapętloną w głowie komendą: „Jak najdalej… Trzeba się wynieść jak najdalej stąd!”. W końcu Cyprian trafił na dobrą duszę, która wywalczyła trochę miejsca i podźwignęła go na nogi. Był nią młody mężczyzna w obcisłej, białej koszulce podkreślającej wielkie jak bochny chleba bicepsy. Nieznajomy wyglądał na wyluzowanego i całkiem trzeźwego. Nie zdradzał też oznak zażywania narkotyków.

Dzięki!

Kompas krzyczał, ale młody pokręcił głową na znak, że nic nie słyszy, po czym wzniósł dłoń z wyprostowanym kciukiem i począł torować sobie drogę przez rozszalałą ludzką masę. Cyprian doszedł do wniosku, że nie najgorszym pomysłem będzie się go trzymać. „Coś jak brodziec piskliwy w otoczeniu krokodyla, któremu czyści zęby” – pomyślał z rozbawieniem. Sekundę później dostał łokciem pod prawe oko i postanowił trzymać głowę najniżej, jak tylko mógł. Cios najwyraźniej dosięgnął go przypadkiem, ponieważ nikt nie ponowił ataku. Facet o gabarytach trzydrzwiowej szafy w końcu dotarł do linii drzew i zniknął w ciemności. Pewnie nie interesowało go obijanie pijanych gówniarzy. Cyprian podążał kilka metrów za nim. Gdy znalazł się w bezpiecznej ciemności, przyłożył dłonie do ust i krzyknął:

Dziękuję panu w białej koszulce za uratowanie życia!

Odezwało się kilku ludzi. Większość rzucała obelgi; radziła Kompasowi, żeby „spierdalał na drzewo, bo skończy z butelką w dupie”. Tylko jeden cichszy i spokojniejszy głos odparł: „Nie masz za co dziękować, typie!”, po czym się już nie odezwał. Czy słowa należały do umięśnionego nieznajomego? Nad tym Cyprian będzie dumał do końca życia. Lubił sprawy nierozwiązywalne i sytuacje dynamiczne, dlatego scena w parku skończy w jednym z jego opowiadań. Tak samo, jak rozmowa z Przemkiem i Sylwestrem, a nawet recytowanie wiersza po pijaku.


*


Powrotna droga do domu przebiegła spokojnie. Co prawda nie było już mgły, lecz jej brak rekompensowały opady śniegu, które intensywniały z minuty na minutę. Cyprian stawiał prawą nogę za lewą wpatrzony w zmieszane z błotem lodowe bruzdy. Samochody spały pod świeżym puchem – czekały na poniedziałek, gdy z rana przywitają ich śpieszący do pracy właściciele ze skrobaczkami. O tej porze w większości mieszkań panował mrok, lecz niektóre z okien wciąż rozświetlał blask żarówek. Kompas wyobraził sobie zgromadzonych przy stole, zniszczonych pięcioma gramami zielska, studentów. Przekrwione oczy, powolne ruchy i niemożliwy do powstrzymania głód. Do tego gderający telewizor, w którym skacze popularny streamer i smród wylanej z bonga wody. „Przynajmniej nie będą mieć kaca na drugi dzień – pomyślał, przystając obok znaku Stopu. Dotarł właśnie na szczyt wzniesienia, z którego za dnia bez problemu dostrzegłby północną część miasta i przylegający do niej fragment jeziora Głębii. – Gdybym tylko dał radę wspiąć się na dach i tam przywitać nowy dzień, ale… Nieee; nie wolno się narażać. Obiecałem Perełce! I tak pewnie będzie zła z powodu posiniaczonej gęby… Ale co tam: Warto było! Niech wie, że związała się z prawdziwym mężczyzną!”. Ostatnie zdanie ociekało taką dawką sarkazmu, że nie wytrzymał i popłakał się ze śmiechu. Dopiero nadjeżdżający radiowóz sprawił, iż puścił znak i ruszył w stronę domu.

Nim wszedł do klatki schodowej, stanął obok bloku i oddał mocz. Do tego czasu niebo przybrało jaśniejszy odcień, a ulice zaczął przemierzać gwałtowny wiatr, który niósł ze sobą syrenę pociągu. Cyprian miał nadzieję, że Perełka pomogła Ani dojść do ładu z własnymi emocjami. Oczywiście tak skomplikowane sprawy, jak konflikt między dwojgiem ludzi nie rozwiązują się w jeden dzień, lecz możliwość wylania na zaufaną osobę żalu i wątpliwości na pewno pomaga. Tak przynajmniej sądził Kompas. Nigdy jednak nie poznał zbawiennego działania spowiedzi w praktyce. Było tak dlatego, że stracił Irka, nim dorósł do chęci posiadania dziewczyny, a pierwszą jego miłością (poznaną w wieku dziewiętnastu lat) była Paula. Od tamtej pory tylko jej zdradzał największe swe tajemnice. Resztę zaś, która nie nadawała się do zdradzenia komukolwiek, przelewał na ekran komputera i z pomocą wydawnictwa sprzedawał w formie prozy.

Kochana Perełka – wyszeptał, zmierzając na drugie piętro. Śnieg oblepił mu podeszwy butów, przez co kilka razy się poślizgnął i o mało nie runął na tyłek. – Jestem chyba bardziej pijany, niż sądziłem.

Jego słowa potwierdził fakt, iż przez minutę nie mógł trafić kluczem do zamka. „Czyli dzisiaj nici z seksu” – pomyślał, wchodząc do mieszkania i zakrył twarz dłonią, by chichotem nie obudzić ukochanej. Następnie wszedł do łazienki, gdzie przebrał się w pidżamę i umył zęby. Idąc w stronę łóżka, miał nadzieję, że Paula śpi, ponieważ nie zamierzał teraz tłumaczyć okoliczności, w jakich oberwał w twarz. Wszystko to mogło poczekać do jutra. Teraz pragnął tylko wsunąć się pod kołdrę, wtulić twarz we włosy Perełki i zapaść w stan miniśmierci na następne siedem godzin.

Jak dobrze – wyszeptał, gładząc brzuch ukochanej. – Misio… Mój misio.

Wiedział, że jest w domu i wiedział, że jest bezpieczny z kimś, kto bez zastanowienia oddałby za niego życie. Nic innego się nie liczyło. Niech bezsens krwawego świata usiądzie w poczekalni wewnątrz jego głowy; niech uzbroi się w cierpliwość, ponieważ horror, z jakiego składa się egzystencja, jest zbyt frapującym tematem, by porzucić go z powodu chwilowego szczęścia.

Nim Cyprian oddał się w objęcia snu, z pamięci przywołał twarz Irka. Uśmiechnięty rudzielec stał nad rzeką, zaciskając dłonie na wędce. Letnie słońce kreśliło cienie w kształcie liści na jego twarzy, a gdzieś w tle z plecaka wystawał kompot z czereśni babcinej roboty. Dawne czasy… Prostsze czasy… Czy były jednak idealne? Czy słowo idealny w ogóle ma miejsce w świecie, który stanowi jego przeciwieństwo? Nie chciał wiedzieć. Nie chciał odpowiadać już na żadne trywialne pytania. Sen pojawił się w odpowiednim momencie i zabrał Kompasa gdzieś… Gdzieś bardzo, bardzo daleko.


Anonima

Opowieść dedykuję Annandale Jane Doe inaczej zwanej Christmas Tree Lady, której los zainspirował powstanie tej historii. Poniższy wiersz j...